Bohusleden. Szlak, który chodził za mną od roku, aż wreszcie to ja postanowiłem chodzić za nim. Inspiracja przyszła od Joanny, która już wcześniej zdobywała szwedzkie szlaki.Gdy już zapadła decyzja "IDĘ", zapytałem Joannę, która dopiero co wróciła z długiego szlaku w Bułgarii, czy nie chciałaby dołączyć. Gdy usłyszałem "chętnie" (wszak to jej inspiracja), to tym samym ustalił się zespół, termin i trasa.
Trasa całego Bohusleden liczy 370 kilometrów i ciągnie się od okolic Göteborga do portowego Strömstad. Ja zaś postanowiłem przejść jego najdzikszy fragment o długości wyliczonej z mapy na około 180 kilometrów, pomijając odcinki obijające się o cywilizację. Może w przyszłości dopnę całość, ale dzicz to mój żywioł.
Początkowo planowałem wystartować w Munkedal, będącym ostatnim miastem przed wejściem w odludzie, jednak po konsultacji z Joanną przedłużyliśmy trasę o dwa dni, wybierając Uddevallę znajdującą się na południe od Munkedal.
Samoloty z dwóch odległych lotnisk w Polsce dolatywały do Göteborga 31 sierpnia w odstępie kilku godzin, co było korzystne, bowiem przylatując wcześniej mogłem kupić kartusze z gazem i świeże pieczywo, a Joanna przybywając później, nie musiała tracić czasu na poszukiwanie i zakup potrzebnych rzeczy. Plan uzgodniony, więc przystąpiliśmy do jego realizacji.
Spis treści: (niestety, w tym szablonie nieklikalny)
Dzień 1 — Przejazd Göteborg – Uddevalla – biwak nad Stora Hällevattnet
Dzień 2 — Biwak nad jeziorem Stora Hällevattnet – wiatka Munkedalsälven vindskydd south
Dzień 3 — Wiata Munkedalsälven vindskydd south – KynnefjallsNatur
Dzień 4 — KynnefjallsNatur – chatka Vaktarekullens rastuga
Dzień 5 — Chatka Vaktarekullens rastuga – Wiata Roslund
Dzień 6 — Wiata Roslund – Wiata Nornas
Dzień 7 — Wiata Nornas – biwak przy jeziorze Ekelidsvattnet
Dzień 8 — Biwak przy Ekelidsvattnet – wzgórze i wiatka Björnerödspiggen
Dzień 9 — Wzgórze i wiatka Björnerödspiggen – wiatka Rogstad Hillerns
Dzień 10 — Wiatka Rogstad Hillerns – Strömstad
31.08.2026. Dzień pierwszy - Göteborg - Uddevalla - biwak nad jeziorem Stora Hällevattnet.
Dystans na szlaku: 9 km plus 2,5 km dojścia.
Właściwie, to mógłby to być dzień zerowy, gdyż większość czasu pochłonęło dotarcie do szlaku poprzedzone małymi zakupami. Ale skoro na samym szlaku zrobiliśmy te 9 kilometrów, niechaj to będzie dzień pierwszy.
Ryanair z Krakowa do Göteborga wystartował rano. Na miejscu był także o czasie, tak że szybko przeszedłem po odbiór plecaka, uprzednio zapakowanego do worka. Z taśmy zjechał po trzech minutach od dojścia na halę przylotów!
Przeszedłem do sporej hali ogólnej, a następnie wyszedłem przed terminal odszukać stanowiska FlixBusa. Z lotniska do centrum, gdzie autobusowy Nils Ericson Terminalen sąsiaduje z dworcem kolejowym, można dojechać na przynajmniej trzy sposoby, korzystając z komunikacji masowego rażenia ;-)
Z autobusów najdroższy jest wahadłowiec lotniskowy - Flygbussarna, następnie FlixBus z biletem kupionym jeszcze z Polski za 22 złote, którym pojechałem ja, a także miejski 612.
 |
| Jeszcze w Krakowie |
 |
| Już w Göteborgu |
 |
| Po prawej od wyjścia, trzy stanowiska autobusów. |
 |
| Lokalny podjechał wcześniej. |
Kiedy już dojechałem na połączone dworce, mając czas zrobiłem pobieżny obchód, po czym wybrałem się na miasto w poszukiwaniu kartuszy z gazem.
Odwiedziłem dwa sklepy sieci Naturkompaniet, ale były tylko kartusze z gazem ekologicznym (!), oczywiście droższe i nie wiem, czy za to milej pachnące. Ale po eksplorowaniu okolic dworca, wreszcie trafiłem na trop. W centrum handlowym naprzeciwko dworca, więc o rzut beretem, był sklep Clas Ohlson, taka ichniejsza Castorama i tam namierzyłem kartusz 230 g Primusa za 80 Koron Szwedzkich. Wziąłem dwa - dla siebie i dla Joanny. Podbudowany zdobyczami dołożyłem w sąsiednim Lidlu kilka bułek i wróciłem na dworzec autobusowy, gdzie w oczekiwaniu na towarzyszkę wędrówki, doładowałem moją padlinę telefoniczną...
 |
| Nils Ericson Terminalen - dworzec autobusowy przechodzący w kolejowy. |
 |
| Pod zielonymi markizami po lewej, jeden ze sklepów outdoorowych. |
 |
| To tak w ramach zwiedzania miasta. |
 |
| W Clas Ohlson - wreszcie jest "normalny" Primus 230g. |
Gdy przybyła Joanna, zrobiliśmy małe kółko po terenach dworcowych, by potem udać się na peron, gdzie stały dwa pociągi jeden za drugim. Nasz był ten stojący na wylocie, bo odjeżdżał jako pierwszy. Trzeba zatem mieć na uwadze, że czasem na jednym peronie stoją jeden za drugim dwa składy, które nie są ze sobą połączone w jeden pociąg i ten bliżej dworca odjeżdża później i niekoniecznie w tym samym kierunku. Ale że w naszym wyświetlał się kierunek z wyszczególnieniem przystanków, to ledowe kropeczki układające się w napis Uddevalla C. dały nam pewność, że pojedziemy tam gdzie chcemy.
 |
| W pociągu. |
W Uddevalla przy dworczyku zrobiliśmy przepak, a w sąsiednim sklepiku zatankowaliśmy nieco wody pitnej na początek trasy. Następnie ścieżką rowerową, pod górkę, sprawnie, choć niezbyt szybko, bo dociążeni jak to na starcie, doszliśmy do pierwszych znaków szlaku Bohusleden.
 |
| Uddevalla |
 |
| Dojście ścieżką rowerową z dworca do szlaku. |
 |
| Na szlaku, przy pierwszym napotkanym znaku. |
W lesie oprócz znaków prowadziła wyraźna ścieżka, uczęszczana też przez dziki, bo buchtowiska jak te przy drzewie znakowym, pojawiały się co krok. Ale że jedzenia mieliśmy zapas na całą trasę, to za dzikami się nie rozglądaliśmy ;-) Pojawiły się też kładki, które do końca szlaku pomagały w przebyciu podmokłych terenów.
 |
| Buchtowisko dzików obok drzewa. |
 |
| Kładki jak zbawienie, choć zarastają... |
 |
| Bułka z wkładką od bratanicy. Dzięki Ninusia :-) |
Wrzosowiska, jeziora i wiatki - to były elementy krajobrazu, które nie opuszczały nas choćby na dzień. Minęliśmy starą osadę z domkiem-muzeum, jednak dzisiaj zamkniętym. Zaś niewiele dalej natknęliśmy się na płatną chatę, zasiedloną przez dwójkę młodych ludzi, bez możliwości dokooptowania nas na sublokatorów. Zupełnie tego nie potrzebowaliśmy, bo jeszcze wszystko na nas było suche, a mieliśmy też i swoje namioty. Takoż po zatankowaniu świetnej wody ze studni (trzeba ją dość długo i energicznie pompować wajchą), przeszliśmy nad pobliskie jezioro, gdzie przy miejscu na ognisko było też sporo placu na nasze namioty. Skoro więc popołudnie powoli przechodziło w wieczór, postanowiliśmy tu zabiwakować. A jezioro nazywało się Stora Hällevattnet.
 |
| Wszechobecne wrzosy. |
01.09.2026. Dzień drugi - Jezioro Stora Hällevattnet - wiatka Munkedalsälven vindskydd south.
Dystans na szlaku: 22 km.
Poranek wstał pogodny, acz nieco chłodny. Ciągnęło zimną wilgocią od jeziora, jak to zwykle nad wodą. Gdy wreszcie słońce na dobre wyłoniło się zza drzew, zrobiło się ciepło. Namioty jednak były wilgotne i domagały się przesuszenia gdzieś po drodze.
Poranne czynności obozowe przebiegły sprawnie, jako że nasz zespół miał niemałe doświadczenia w biwakowaniu. Tu jednak piękne okoliczności przyrody dodawały dużo radości i potwierdzały trafność wyboru lokalizacji.
 |
| To lustro mnie urzekło. |
Dalsza trasa szlaku to standard poznany poprzedniego dnia. Kolejne jeziora, gęste lasy, wyraźne ścieżki i bardzo dobre oznakowanie szlaku.
Poranne wyjście na trasę ujawniło jeszcze jeden jej stały atrybut - Moczybut Skandynawski (Calceusmadens scandinavicus). To wszechobecna roślina o pokroju rozłożystej kępowej trawy, która zarastając ścieżki, poranną rosą lub deszczowym opadem, moczy skutecznie buty i nogawki. Jeśli nie ma Moczybuta, są borowiny albo inne krzewinki i zarośla. Trudno zatem wyjść obronną stopą z tego pojedynku z naturą. W kolejnych dniach okaże się to narastającym problemem.
A tymczasem na szlaku pojawiają się pierwsze łańcuchy, a w zasadzie liny z pętlami. My ich nie potrzebowaliśmy, ale przecież przekrój wędrowców jest zróżnicowany...
 |
| Moczybut Skandynawski czyhał co krok! |
 |
| U nas łańcuchy, tutaj liny. |
Jeziora, znaki na drzewach, ścieżka i tak niemal bez końca... Trafiamy też na dwie linie wysokiego napięcia, które w kolejnych dniach także będą nam towarzyszyć. Ale jakoś nie chciałem przekształcić ich w tyrolkę... ;-)
Mapy pokazują liczne wiatki i chatki przy szlaku i bezpośrednim pobliżu. Właśnie odbijamy 200 metrów do jednej z takich chatek. Jest zamknięta, a należy bodaj do tutejszego towarzystwa wędkarskiego. Odpoczywamy chwilę na ławce, z której widać na przeciwległym brzegu inną wiatkę w kształcie piramidy. I choć jest niedaleko od szlaku, nie odbijamy już do niej.
 |
| Naprzeciwko zamaskowana wiata stożkowa. |
Czasem nie jestem w stanie stwierdzić, czy kolejna toń wody prześwitująca między drzewami to wciąż to samo jezioro, czy już nowy akwen. Niemniej odbijając do kolejnej wiatki, napotykamy w niej parę młodych Szwedów, zbierających się właśnie do wymarszu. Są bardzo obficie wyposażeni, a idą w przeciwnym kierunku. Trochę zagadujemy, ale nie przekazują żadnych informacji o szlaku. Wracamy na trasę i napieramy dalej.
 |
| Wyspa bezludna. Ta i następne mnie fascynowały. |
 |
| Para młodych Szwedów z namiotem w wiatce. |
 |
| Głazy i skały pod wieloma postaciami. |
Pojawiają się pojedyncze grzyby, a jeśli bym się rozejrzał, zapewne nazbierałbym zestaw kolacyjny. Skoro jednak nie zarządziliśmy grzybobrania, dalsze poszukiwania ograniczają się do wypatrywania wiatek. Bo jezior to jakoś wypatrywać nie musimy... ;-)
 |
| Grzybów było zaskakująco mało... |
Trafiamy na starszą wiatkę, jeszcze pokrytą darnią. Nowsze już bazują na pokryciu z papy na lepiku, ale i ta byłaby pewnie wystarczająca na nocleg. Do noclegu jeszcze daleko, więc błądzimy po lokalnych drogach.
No tak - szeroką drogą wygodnie się idzie i czujność rewolucyjna jakby przygasa. Po kilku chwilach konstatujemy absencję oranżu na trasie i trzeba zawrócić kilkaset metrów na właściwy szlak. Nie pierwszy to i zapewne nie ostatni raz...
Rachu - ciachu i po strachu. Jest szlak, a po chwili i wiatka. Pora dnia i słońce na nieboskłonie pozwalają na dłuższy odpoczynek połączony z suszeniem wilgotnego ekwipunku. Po chwili tropik mojego namiotu wdzięcznie powiewa dopięty do okapu.
 |
| Suszenie tropików namiotowych. |
Z wiatki widzieliśmy za wodą łąkę z pojedynczymi drzewami, w bardzo malowniczej konfiguracji ;-) Właśnie ją mijamy obok bezkresnych łąk. Kilometry nawijają się na buty, nawet mimo przeszkód terenowych, spowodowanych jakąś niszczycielską wichurą. Na wyjściu spomiędzy drzew trafiamy na informację o zamkniętym moście i dość sporym obejściu. Jesteśmy jednak Polakami i nie dajemy się nabrać na takie tanie chwyty ;-). Most wygląda na prawie gotowy, a przynajmniej nadaje się do przejścia na piechotę. Trzymamy się zatem pierwotnych znaków i depczemy dalej.
 |
| Gdy to czytacie, to już nieaktualne... |
Przed nami Modalen. Chatka - niestety zamknięta, ale obok wiata grillowa i po sąsiedzku Vindskydd - wiatka noclegowa. Jest też kibelek. Ledwie się zatrzymujemy na zinwentaryzowanie elementów i już napieramy dalej, bo blisko już do nowej wiatki, którą wypatrzyłem podczas domowego analizowania trasy i byłaby świetną opcją na nocleg. A po drodze piękny strumień opadający kaskadami do rzeki.
Na mapce z obejścia niby nieczynnego mostu oznaczonego czerwonym X-em, była też tak samo oznaczona przeprawa przez rzekę. Ale skoro jednym iksem przeszliśmy, to może i następny nas przepuści...
No i nic z tego. Schodki dochodzą do nadbrzeża wysokiego na kilka metrów i ...rzeczywiście nic! Jak się później dowiadujemy, był tu most wiszący i jego drewniane podpory ze starości runęły...
Cóż było robić. Zawróciliśmy jakieś pół kilometra do szlaku i ruszyliśmy za znakami. Wreszcie te poprowadziły nas nad wodę i tu natknęliśmy się na tratwę promową. Przyciągnęliśmy ją jedną z lin, a po wejściu na pokład, drugą dociągnęliśmy się szybko i sprawnie do przeciwnego brzegu.
 |
| Mostu nie ma... |
 |
| Prom...? Tratwa...? Kolejka linowa...? |
Od tratwy trzeba było cofnąć się o jakieś 800 metrów do wiatki.
Była to najnowsza budowla noclegowa z dostępnych na naszej trasie. Posiadała dwa częściowo przedzielone pomieszczenia i z przyjemnością się w niej zakwaterowaliśmy. Niewiele dalej płynął mały strumyk z żółtawą wodą, która na szlaku była i w strumieniach i w jeziorach. Nie wypatrzyłem tylko kibelka.
Mój wierny Osprey Exos 38 ma już swoje lata i wiele długich wędrówek przebył na moich plecach, więc nie dziwi mnie jego powolna destrukcja. Powłoka wodoodporna odchodzi już całymi płatami i przykleja się do zawartości, przez co musiałem użyć worka Nylofume jako wkładki nie tylko przeciwdeszczowej, ale też chroniącej od lepkich resztek odklejającej się powłoki. O kieszeniach siatkowych też wspomnę, bo ich integralność powoli przestaje być faktem. Ale plecak jest bardzo wygodny, pakowny i funkcjonalny, przez co niechętnie bym go pożegnał. Nowsze wersje nie są takie funkcjonalne. Się zobaczy.
 |
| Weteran... |
Wiatka - jak prawie każda - ulokowana była nad wodą i dostarczała malowniczych widoków.
Zachodzące słońce dodawało wieczornych barw lasom na drugim brzegu, a my po obiadokolacji porozkładaliśmy się w swoich pokojach. Noc była ciepła i spokojna.
02.09.2026. Dzień trzeci - Wiatka Munkedalsälven vindskydd south - KynnefjallsNatur.
Dystans na szlaku: 31 km.
Wiatka była ciepła i przytulna, ale czekał kolejny dzień ze swoim - jeszcze nieznanym dystansem. Szczęśliwie, poranne słońce zapowiadało piękną pogodę, jaka zresztą towarzyszyła nam przez cały dzień. Zatem śniadanko, pakowanko i na trasę o poranku :-)
Białe kołnierzyki mówią "mot Bohusleden", czyli do Bohusleden. Nasza wiatka była bowiem przy odnodze szlaku, odkąd zawalił się wspomniany most wiszący.
Wzdłuż brzegu wracamy do przeprawy i kontynuujemy dalej prowadzeni pomarańczowymi kołnierzykami.
Trafiamy na jakieś tajemnicze miejsce z głazem otoczonym palikami, ale żadne czarownice się tu nie gromadzą, więc idziemy dalej przez omszony las Hobbita ;-)
 |
| Zaczarowane czy chronione ? |
Dochodząc do drogi asfaltowej przechodzimy nią przez most, by za nim skręcić w lewo. Jednak po prawej tuż za mostem dostrzegamy przystań kajakową i mrowie ludzi, więc dochodzimy zapytać o możliwość doładowania telefonów i zatankowanie wody pitnej. Życzliwi pracownicy pokazują kran i gniazdka, więc mamy czas na małą przekąskę i pogawędkę.
Sympatyczna Margaret opowiada o moście wiszącym, który jakiś czas temu zawalił się, przez co nie mogliśmy dojść do wiatki noclegowej najkrótszą drogą. Ponadto okazała się też miłośniczką górskich wędrówek i przyznała się do posiadania rodziny w Gdańsku. Zaproponowałem kilka miejsc na południu Polski do odwiedzenia, w tym Kraków, Zakopane, Tatry, Pieniny i Gorce. Margaret skrzętnie zapisała wraz z adresem tegoż bloga, zatem tą drogą serdecznie ją pozdrawiam.
My tu gadu - gadu, a młodzież dopłynęła kajakami w siną dal, więc wypożyczalnia się zamyka, a my dziękując - zmykamy. Była to zaiste miła i pożyteczna chwila postoju.
 |
| Sympatyczna Margaret. |
 |
| Prąd i woda, ale już zamknięte. |
Las i woda to nasze krajobrazy, do których dochodzi mała infrastruktura turystyczna. Wszystko to bardzo nam odpowiada, a ja po alpejskiej wyrypie czuję się jak na wakacjach :-)
Przed Munkedal na przedmieściach, jako i wielokrotnie potem, napotykamy krzewy dzikiej róży, z bardzo okazałymi owocami, większymi niż u nas. Pachną wszakże tak samo, więc jakby to samo...
 |
| Dzika róża z wielkimi owocami. |
Munkedal obchodzimy po opłotkach. Nie widzimy sklepu, ale nie potrzebujemy przy pełni zapasów. A i do centrum nas nie ciągnie, więc za znakami wkraczamy w odcinek terenowy. Kompleks wodny, leśna aleja i rozległe łąki z okazałą posiadłością na wzgórzu prowadzą nas dalej i dalej. A rzeka łącząca kolejne jeziora, pokazuje obniżający się poziom wód, co potwierdza się też później i w Norwegii.
 |
| Mijamy Munkedal po zewnętrznej. |
Nawigujemy według plików .gpx z internetu i te prowadzą nas wzdłuż pól pełnych koszonego zboża na wprost. Jednak w połowie drogi znaki wyraźnie kierują w prawo. To zapewne na wniosek właścicieli ziem uprawnych, bo i dalej napotykamy na podobne zmiany. Postępujemy więc za dość nowymi znakami i docieramy do wiatki, która już znajduje się na starej części znakowanego odcinka. Tu na chwilę zdejmujemy plecaki i łapiemy oddech czystego powietrza nad czystym jeziorem.
 |
| Kombajn w oddali pracował aż się kurzyło! |
Mamy dobre tempo i dobry czas, więc napieramy dalej. Pierwszy Nawigator Joanna informuje, że możemy dojść do kompleksu wypoczynkowego, ale trochę drogi jeszcze przed nami. No to naprzód!
Drogi polne, drogi leśne, drogi asfaltowe. Połykamy kilometry, lecz plecaki z ledwo co naruszonymi zapasami nie wydają się przyjemnie lekkie. Na szczęście podejścia są symboliczne, a pogoda dopisuje. Lekko nawet błądzimy, ale niezawodna nawigacja szybko kieruje nas na właściwą trasę.
Mocno już zmęczeni późnym popołudniem docieramy do KynnefjallsNatur, który okazuje się być hotelikiem z restauracją, ale po sezonie bez lokatorów. Niemniej po kilku chwilach w recepcji zapala się światło, więc zaglądamy i pytamy o nocleg. Wystarczyłaby nam gleba, lecz takie pojęcie jest tu obce. Gdy poznajemy cenę za nocleg w pokojach, mina nam rzednie, podobnie jak na koszt dostępu do prysznica i toalety. Ale uczynny pan z recepcji widząc nasze nosy na kwintę, oznajmia że możemy się za darmo rozłożyć z namiotami i stawia po piwie! No, na naszych twarzach pojawiają się szczątkowe uśmiechy. Dziękujemy i wychodzimy szukać placu pod pałace :-)
Dla porządku dodam, że na zewnątrz budynku znalazłem dwa krany z wodą i podwójne gniazdko, z czego skrupulatnie skorzystaliśmy. O zmroku rozstawiłem mój srebrny pałacyk i po obiadokolacji udałem się na w pełni zasłużony nocny spoczynek. Joanna zaś wybrała sąsiednią polanę osłoniętą od wiatru.
 |
| Piwo jak piwo, ale to gniazdko na zewnątrz! |
03.09.2026. Dzień czwarty - KynnefjallsNatur - chatka Vaktarekullens rastuga.
Dystans na szlaku: 17 km.
W nocy pociągnęło chłodem, ale w moim śpiworze Małachowski UL300II byłem jeszcze na granicy komfortu. Zabrałem nawet cieplejsze getry i górę z merino, by wraz ze skarpetkami i buffem przetrwać te chłodniejsze noce.
Śpiąc w pobliżu budynku, miałem do dyspozycji stolik z krzesłami, gniazdko z prądem i kran z wodą, co dla mnie było pełnią potrzeb. Przygotowanie śniadania przeplatało się ze zwijaniem obozu i suszeniem tropiku po porannej obfitej rosie. Wkrótce wraz z Joanną opuściliśmy okolice ośrodka i pomaszerowaliśmy na podbój odludnych terenów.
Trasa - nic nowego - wiodła jak i wcześniej przez lasy i fragmenty przypominające opuszczone łąki czy też pola uprawne. Gdyby wczorajszy dystans nie był tak długi, za cel przyjęlibyśmy następną wiatkę. Jednak dobrze, że spaliśmy w pobliżu cywilizacji, bo owa następna wiatka okazała się raczej schronieniem pasterskim. Była już leciwa i mocno zniszczona, obficie przeciekająca i bez drewnianej podłogi. Nie byłoby to, czego byśmy się spodziewali.
 |
| A może byli tu kiedyś pasterze...? |
Wielość wiatek na szlaku jest jednak na tyle imponująca, że po kolejnych kilku kilometrach trafiliśmy następną, ulokowaną - a jakże - nad pięknym jeziorem z bezludnymi wysepkami. A tuż obok przycupnęła budka, do której można się było udać za potrzebą. Z braku jakichkolwiek potrzeb, po krótkim wytchnieniu, powędrowaliśmy dalej.
 |
| Magia jezior i wysp bezludnych... |
Fragmenty szlaku są dla nas w trakcie marszu bezimienne. Nie ma domów, dróg asfaltowych, więc choć lasy, jeziora i wzgórza mają na mapach swe nazwy, to mijając je, nie orientujemy swego położenia względem owych nazw. Dla nas to piękne lasy, niekiedy powalone wichrem, wzgórza oznaczone kamiennymi kopczykami, mokradła, jeziora i ślady obecności człowieka. Człowieka, którego spotkanie na szlaku nie należy do codzienności...
 |
| Wiatrołom? Poręba? |
 |
| Przez większe mokradła trzeba ostrożnie... |
 |
| Miejsce na ognisko z pięknym widokiem. |
Ścieżka na chwile opuszcza kompleks leśny, by połączyć się z szerszą drogą bitą. Tu przycupnęło kilka domków w typie letniskowym z pełnym zapleczem gospodarczym. Dzisiaj nie ma tu nikogo. Zasiadamy na małe co-nieco i napieramy dalej. Droga szersza od ścieżki prowadzi pewnie, a znaki potwierdzają słusznie przyjęty kierunek.
Pojawia się kolejna wiatka. Może chwila wytchnienia nie jest tak konieczna, jak przesuszenie tropiku z porannej rosy. Cichość miejsca nastraja do spokoju, eliminując wszelkie oznaki pośpiechu. Mamy czas, piękną pogodę i niesamowite otoczenie. I to jest piękne.
Za górami, za lasami i za jeziorami mieszkał sobie ...no nie - krasnoludka ani nawet trolla nie spotkaliśmy. Ale natrafiliśmy na obszerną chatkę z wszelkimi wygodami. Było jeszcze wcześnie i moglibyśmy spokojnie przejść kilka - kilkanaście kilometrów, ale domek był otwarty, pusty i wręcz zachęcał do pozostania w nim.
Przeprowadziliśmy kompleksową naradę sztabową i wyszło, że nazajutrz ma już pojawić się deszcz, a my nie notujemy żadnych opóźnień. Z wcześniejszego założenia iż nie mamy napinki, limitu czasowego ani innych priorytetów wyszło, że mimo dość wczesnego popołudnia, możemy zostać w chatce, co też wpisaliśmy do planu dnia.
 |
| Super-chatka :-) |
Domek składał się z dwóch pomieszczeń mieszkalnych. Pokój zimowy z piecykiem/kozą, stołem, ławkami i czterema kojami, oraz pokój letni z ośmioma kojami i stolikiem.
Po wodę należało się udać 150 metrów znakowaną ścieżką i zaczerpnąć z płytkiej studzienki. Woda ta nie nadaje się do bezpośredniego spożycia, można ją było przegotować bądź filtrować, do czego przydał się mój filtr Sawyer Mini.
 |
| Czteroosobowy pokój ciepły. |
 |
| Ośmioosobowy pokój zimny. |
 |
| Filtrowanie wody ze studzienki. |
Choć nie było zimno, postanowiłem rozpalić w piecyku, by nadać pomieszczeniu więcej przytulności i zagotować wodę na obiadokolację. Joanna wyszła jeszcze na eksplorację okolicy, bo i pora dnia temu sprzyjała, ja zaś z sąsiedniej drewutni przyniosłem trochę drewna, którego część porąbałem jedną z dwóch siekier.
Gdy ogień zahuczał w piecyku, w pomieszczeniu zrobiło się przytulne ciepło. Nawet zbyt ciepło, więc wpuściłem trochę świeżego powietrza i śpiewu - o dziwo - wiosennych ptaków. Gdy wróciła Joanna, przygotowaliśmy każden swoją obiadokolację. Tego wieczoru nie musiałem nie tylko rozstawiać namiotu, ale nawet pompować materacyka. Zasnąłem na podkładzie pod namiot, przykrywając się rozpiętym śpiworem. Pełen komfort :-)
 |
| Będzie obiad, będzie i deser :-) |
 |
| Czasem otwierałem by się napatrzyć... |
04.09.2026. Dzień piąty - Chatka Vaktarekullens rastuga - Wiata Roslund.
Dystans na szlaku: 15 km.
Żal było opuszczać przytulną chatkę. Jednak trzeba było wreszcie ruszyć na szlak, acz nie od razu. Dzień bowiem zaczął się od deszczu, który postanowiliśmy na spokojnie przeczekać. Prognozy zapowiadały przejaśnienia przed południem, więc śniadanie było celebrowane na spokojnie, a rzeczy do suszenia czekały na spakowanie przed samym wymarszem. Na koniec ogarnęliśmy swoje schronienie, pozamiataliśmy i poukładaliśmy wszystko na swoim miejscu. Tak, jakbyśmy mieli tu wrócić wieczorem. Wyruszyliśmy później niż zwykle.
 |
| Ciemnawo, bo na zewnątrz deszczowo. |
 |
| Suche Fjordy :-) |
 |
| Mój wierny śpiwór :-) |
Deszcz ustał do postaci mżawki, więc nastąpiła modyfikacja ubioru. Założyłem kurtkę przeciwdeszczową, bo opady były wręcz symboliczne, zbyt słabe na zakładanie poncho.
Ciemne chmury zmieniły wygląd nieba, a krople deszczu zatrzymywały się na źdźbłach, listkach i igliwiu, atakując buty, skarpety i spodnie. Tak, dzisiaj już nie ujdzie nam na sucho.
 |
| Kurtka przeciwdeszczowa wchodzi do gry. Fot. Joanna B. |
 |
| Bez takich kładek nie dalibyśmy rady. |
 |
| Drżyjcie buty, drżyjcie nogawki! |
Oznakowana ścieżka prowadziła niezawodnie w dal, ku północy. Drewniane kładki, podesty i mostki pozwalały na bezpieczne pokonanie mokradeł, zaś wydeptana ścieżka pozwalała butom opierać się wszechobecnej wilgoci.
 |
| Po prostu Bohusleden... |
To, że szlak obfitował w wiatki pisałem już wcześniej, a i zdjęcia dokumentowały ten fakt. Teraz przed nami ukazała się kolejna z dwoma pryczami po prawej, flankowana nowiutkim kibelkiem. Widok znad grillowiska na jezioro był niemal nienaruszalnym standardem.
 |
| Koje. Tu się można ukoić do snu. |
 |
| Dziękuję za niezliczone Góralki, Marcelina :-) |
Marsz przez las był - a jakże - codziennością na szlaku. Gdy wyszliśmy z leśnych ostępów, trafiliśmy na wiatkę pasterską przy zarastającej łące. Inne przeznaczenie, inny standard, inny stan zachowania.
Za to jeziora wyglądały o tyle podobnie, że wszystkie miały żółtobrunatną wodę o błękitnej toni nasyconej barwami nieba, dzisiaj obficie okrytego chmurami.
A że okolica była rejonem łąk pasterskich, powiedziały nam bele trawy i dalsze napotkane otwarte przestrzenie.
 |
| W pasterzy nikt tu nie wierzy ;-) |
Po wyjściu z kolejnego areału leśnego, za pojedynczym gospodarstwem znaki prowadziły niejednoznacznie. Nawigacja pokazywała, że powinniśmy łąkę nad jeziorem przejść w poprzek blisko brzegu, jednakże była ona ogrodzona elektrycznym pastuchem pod napięciem, co wyczułem podnosząc taśmę kijkiem trekkingowym. Nie znaleźliśmy nigdzie typowego przejścia z hakiem na sprężynie jak na wcześniejszych pastwiskach. Odnieśliśmy identyczne wrażenie, że gospodarz zwyczajnie ignoruje przebieg szlaku nie zamieszczając informacji o swojej supremacji.
Ostatecznie ostrożnie podniosłem kijkiem taśmę by przepuścić Joannę, następnie ona przepuściła mnie i to samo powtórzyliśmy po drugiej stronie pastwiska. Obyło się bez ofiar w ludziach :-)
 |
| Pod napięciem! |
Idąc wąską mocno zarośniętą, ale oznakowaną ścieżką, po kilkuset metrach doszliśmy do bitej drogi. Znajdowała się tu przystań kajakowa z domkiem magazynowym i administracyjnym, z którego wychodził komin. A my już nieźle przemoczeni od stóp do kolan.
Zamknięta.
Nieco dalej budka jednoosobowa, też zamknięta, ale bez komina.
Aż wreszcie sto metrów dalej obszerna wiatka z szczelnym dachem, a przed nią miejsce na ognisko.
Zajęliśmy ten obiekt jako noclegowy.
Wypadałoby też podsuszyć buty i skarpety, ale całe drewno było mokre i marnie to widziałem.
Od czego jest się leśnym partyzantem... W pobliskim czarnolesie nazbierałem sporo wiszącego na gałęziach suszu z opadających konarów, które nie dotknąwszy ziemi, zachowały wewnętrzną suchość.Kilka wilgotnych kloców leżało przy kręgu ogniskowym, więc na początek było aż nadto.
Joanna zaś przyniosła wody z pobliskiej rzeki Kynne alv, przez co mogliśmy stawić czoła nadchodzącemu wieczorowi.
 |
| Piękny czarnolas. |
Po chwili w betonowym kręgu zapłonął pierwszy ognik, z którego zrobiło się niewielkie ognisko. Na kratkę grillową wjechały nasze specyjały: Buty membranowe od Merrella wraz ze skarpetami od Fjorda Nansena i rozmiarowo mniejsze damskie niskie z puszystymi skarpetami. Na deser były wkładki żelowe i piankowe w sosie własnym ;-)
Z obiadokolacją zaś uporaliśmy się jeszcze przed zmrokiem, przez co przez chwilowy brak kontroli nad grillem, moje skarpety w kilku miejscach zaczęły brązowieć na podeszwach i topić się na ściągaczach, na szczęście nadal zachowując swą użytkowość. Joanna twierdziła, że jej skarpety są ognioodporne, czemu zaprzeczyła dziura wypalona w jednej z nich. Więc mamy wyposażenie, które nie jest ani wodoodporne, ani ognioodporne ;-)
Obiadokolacja zaś okazała się przyrządzona doskonale i smakująca wybornie. Wszak to moja wieloletnia receptura owsianki w jej najnowszym wydaniu. Pycha, ale ta, która nie idzie przed upadkiem :-)
 |
| Owsianka Optima by Yatzek :-) |
Wieczór nad wodą ma swoje niezaprzeczalne uroki. Spokojna toń, mgły snujące się nad ciemniejącą taflą i niebo odbijające się w tym niesamowitym lustrze. Gdyby nie wilgoć wnikająca do naszego hotelu, nazwałbym to idealną lokalizacją. Ale zasłonięcie wejścia namiotem załatwiło sprawę.
Po smacznej kolacji nadszedł smaczny sen.
05.09.2026. Dzień szósty - Wiata Roslund - Wiata Nornas.
Dystans na szlaku: 21 km.
Dzień wstał nawet słoneczny, ale nadciągające nisko wiszące chmury zapowiadały - zgodnie z internetowymi prognozami - przelotne opady.
Śniadanie wciągnąłem konkretniejsze niż zwykle, by mieć więcej energii na dzień przesączony wilgocią. Nie było bowiem zbyt ciepło, a pozostałości wczorajszych opadów czyhały wszędzie na trasie.
By się nie wymoczyć z samego rana po wieczornym suszeniu skarpet i butów, wybraliśmy obejście drogą, by jak najmniej wędrować mokrym zarośniętym lasem.
Klasyczne skandynawskie domki pojawiały się od czasu do czasu, ale wszystkie wyglądały na opuszczone w czasie tygodnia. A może ich lokatorzy po prostu pojechali do pracy...
Odcinek od Holmen do Porsas jest na bodaj wszystkich mapach i we wszystkich przewodnikach opisany jako nieoznakowany. Czy to za sprawą właścicieli gruntów czy z innego powodu - tego nie odkryłem. Nie wyznaczono też obejścia bądź tymczasowego łącznika. Wyglądało to nieco tajemniczo, ale cóż to dla nas, a zwłaszcza dla Joanny, która jest prawdziwą mistrzynią w nawigacji terenowej.
Postanowiliśmy iść do końca istniejących znaków i stwierdzić, czy da się je przedłużyć na logicznym i zapewne wcześniej oznakowanym odcinku. Lecz tam gdzie znaki kończyły się w terenie i na mapach offline, nie stwierdziliśmy możliwości dalszego przejścia. Widać stan ten trwał wystarczająco długo, by i natura przejęła panowanie nad niegdyś wydeptaną ścieżką. Cofnęliśmy się więc do drogi wybranej na obejście i wpobok zamaskowanego drzewami jeziora, mijając kolejne, dzikim lasem doszliśmy do drogi łączącej większe odległe miejscowości. W zasadzie naszą trasę można by spokojnie oznakować, ale z nieznanych nam przyczyn tego nie uczyniono. Na niektórych mapach internetowych zaznaczono dłuższe obejście, więc coś musi być na rzeczy.
 |
| Gdzieś tu kończyły się znaki... |
Asfaltem przeszliśmy jakiś kilometr w lekkim deszczyku, okraszonym mokrymi podmuchami mknących pojazdów. Po wspomnianym dystansie doszliśmy do zejścia na drogę leśną, gdzie pomarańczowe znaki pojawiły się na nowo.
Prawie zaraz po odbiciu w las na małym parkingu natknęliśmy się na coś w rodzaju małego kampera, bo był to któryś z Volkswagenów w typie ogórka / transportera, prowadzony przez młodą dziewczynę. Pomachaliśmy sobie i dalej w swoją stronę. Później okazało się kim ona była.
 |
| Wracamy na szlak. |
W lesie wypogodziło się, więc ze świadomością pokonania nieoznakowanego odcinka, zatrzymaliśmy się przy tajemniczym kamiennym prostokątnym kręgu na małe co-mniej-niż-nieco ;-) Dobry czas i przyjęty wcześniej cel - wiatka w Nornas były w naszym zasięgu już całkiem niedługo, więc można było odbić cztery litery na kamiennym megalicie. Obcowanie z naturą - choćby niezmienną od kilku dni, jest zawsze dla mnie okazją do poszukiwania czegoś w tej przyrodzie, co ciągnie mnie na takie właśnie wędrówki.
 |
| Podobno kurhan grzebalny (?) |
Kolejny kopczyk był już współczesną budowlą spotykaną na wielu szlakach nawet poza Europą.
No i wczesnym popołudniem osiągnęliśmy cel dzisiejszej wędrówki - wiatkę w Nornas.
Tu zastaliśmy młodego człowieka. Sebastian przybył tu z Niderlandów i właśnie przeszedł dzienny etap i przygotowywał się do pierwszego dzikiego noclegu przed jutrzejszym etapem. W trakcie rozmowy okazało się, że żona podwiozła go "czymś w rodzaju małego kampera" - kojarzycie dziewczynę w Volkswagenie na leśnym parkingu przy drodze międzymiastowej? To była właśnie żona Seby, który doszedł tu niemal chwilę przed nami. Jutro ma go odebrać z Vassboten... Dodam, że plecak i wyposażenie Sebastiana początkowo wziąłem za przygotowany na cały szlak, bo wyglądało nader okazale...
Szybko ustaliliśmy podział wiatki. Seba zajmie część po lewej, my zaś wersję parterowo-piętrową z podłogą i koją w połowie wysokości. Joanna na piętrze, ja zaś na drewnianej glebie.
Rozwiesiliśmy też mokry inwentarz i po kolejnym słonecznym deszczyku okraszonym barwną tęczą, Seba zabrał się za rozpalanie ogniska. Po pewnym czasie przyszedłem mu z pomocą i wesołe ogniki poprawiły nam nastrój, a po dołożeniu kilku polan, otrzymaliśmy naturalną suszarnię butów, wkładek i skarpet.
 |
| Każdy zaręcza - dla mnie ta tęcza :-) |
Suszarnia pracowała pełną parą wydobywającą się z naszych bambetli, a ja pomny na wcześniejsze zagrożenie moich skarpet bliskością płomieni, z dziurawego wiadra zaimprowizowałem suszarkę, choć i ona wymagała kontroli temperatury, by jutro było jeszcze co na stopy naciągnąć.
Przy ognisku wywiązała się sympatyczna międzynarodowa pogaducha. Mieliśmy czas, nastrój, bezdeszczową już pogodę i wspólne doświadczenia i przygody, więc tematy same się układały do konwersacji.
Wieczór zrobił się bardzo nastrojowy. Spokojna, niczym niezmącona toń wielkiego jeziora odbijała błękit nieba z różowiejącymi o zachodzie obłokami, że brakowało tylko gitary i dobrego talentu wokalnego, by po tafli wody puścić w dal któryś ze standardów pasujących do miejsca i chwili.
W okolicy słychać było gdzieś wokół akwenu biwakujących ludzi, ale echa te nie wybijały się ponad panującą tu atmosferę ciszy i spokoju. Wręcz kontrastując z nią, pozwalały po zamilknięciu jeszcze wyraźniej słyszeć to, czego tak naprawdę nie słychać - niemy oddech natury.
I ta cisza niczym najlepsza kołysanka, ukoiła nas do snu...
 |
| Ogniskowa suszarnia wiaderkowa :-) |
06.09.2026. Dzień siódmy - Wiata Nornas - Biwak przy jeziorze Ekelidsvattnet.
Dystans na szlaku: 26 km.
Wiatka miała zasuwane drzwi, co okazało się zbawieniem o poranku. Nocą osiadła gęsta mgła, że nie było widać pobliskiego cypla, a wszystko na zewnątrz tonęło w zimnej i oblepiającej wilgoci.
Widok był spektakularny, ale zanim zdecydowałem się sięgnąć po telefon i znalazłem go w zawojach śpiwora, mgła rozgrzewana nieźle już operującym słońcem, znacznie się rozwiała.
Gdy ogarnąłem moje leże, by nie przeszkadzać współlokatorom, poszedłem na kolejne łowy fotograficzne. Najlepiej prezentowały się zroszone pajęczyny, ale oznak późnego poranka nad wodą było więcej.
Wróciłem do wiatki, by przyrządzić śniadanie i spakować majdan. Piękne, ciepłe poranne promienie słońca napełniały przyjemnym światłem całą okolicę, pozbawioną już śladów mgły, zapowiadając pogodny dzień. Pogodny, lecz na poziomie gruntu nadal mokry.
 |
| Sieć bez internetu ;-) |
Pożegnaliśmy się z Sebastianem, który tego dnia miał do pokonania zaledwie 15 kilometrów, więc nie spieszył się z wyruszeniem na szlak. My zaś niebawem poczęliśmy się przemykać pomiędzy licznymi na trasie jeziorami wszelkich kalibrów. Ich spokojna, gładka toń, napawała mnie pełnym podziwem. A ślady porannej rosy jawiły się dosłownie wszędzie, co znowu nie najlepiej wróżyło dla butów, skarpet i stóp.
Płaska początkowo ścieżka poczęła się wznosić wyraźnym podejściem. Moje moknące w ostatnich dniach stopy wykazywały pierwsze objawy kontaktu ze szwem wilgotnych skarpet. Prewencyjnie okleiłem zagrożony palec i założyłem dwie skarpety, co ustabilizowało ruch stopy wewnątrz buta, nie dając odczucia ciasnoty. Trzeba było napierać dalej.
Na mokradłach przed nami zabrakło kładki, którą zastępowały połamane drągi. Zacząłem marzyć o suchych stopach w takichże skarpetach i butach...
 |
| Nie widać, ale mokro. |
W środku lasu natknęliśmy się na resztki kamiennej chaty z nie tak odległej przeszłości. Pobieżna lektura tekstu z tablicy mówiła o pasterzach, którzy paśli swe krowy swobodnie przemieszczające się między drzewami. Hmmm... Czyli nie dawna łąka porośnięta nowym lasem...
A las się otworzył. Widać pojedyncze domy, bo wyszliśmy na drogę prowadzącą też do innych zabudowań. Wyglądało na to, że jeden dom został opuszczony, a farmer już tu nie odprowadza mleka. Tak przynajmniej można było pomyśleć patrząc na puste miejsce po skrzynce pocztowej i zardzewiałej bańce na mleko.
 |
| Tevie Mleczarz chyba się stąd wyprowadził ;-) |
Ale tuż obok szlaku prawdziwa atrakcja - wodospad Algafallet. Wygląda okazale, choć oglądamy go od góry znad progu, więc niewiele widać spadającej wody. Z pobliża nie mogę dojrzeć kaskady, a schodzić w dół do podestu widokowego nie chcemy, bo to już kawałek od szlaku. Uwieczniamy co się da i wracamy do pomarańczowych kołnierzyków na drzewach.
Momentami prawie odbijamy się od granicy z Norwegią, która jest tylko formalnie, bo choć Norwegia nie należy do Unii Europejskiej, to dzięki Schengen granicę przekracza się niemal na oścież. Niemal, bo przepisy celne obowiązują i trzeba je znać i przestrzegać.
Widać też bardzo dużo samochodów na norweskich rejestracjach. Szwecja jest tańsza i ma też zalety właśnie związane z dostępnością towarów inaczej dystrybuowanych u sąsiadów, jak choćby alkohole. Pewnie są też i inne zależności, ale ich póki co nie zgłębiałem.
Dochodzimy do Vassbotten, gdzie w przyległym Bullarebygdens funkcjonuje spore pole campingowe. Rzeczywiście kamperów jest tu sporo, są też małe domki, ale namiotów jakoś nie zauważam. Nie sprawdzam nawet cen, bo skoro płatne, to z pewnością słono.
Wstępujemy za to do recepcji połączonej z kawiarnią i sklepikiem i zaopatrujemy się w świeże bułki, cynamonki z dużą kawą która okazuje się zdecydowanie najtańsza na całym szlaku. Doładowujemy też telefony i suszymy co tylko się da, a więc niezmiennie buty i skarpety, poncho i tropik namiotu. Ten ostatni cierpi na niepokojącą mnie przypadłość, a mianowicie pod wpływem wilgoci skleja się po złożeniu tak, że jego rozklejenie zajmuje zdecydowanie dłuższą chwilę. Rozłożenie namiotu awaryjnie w deszczu byłoby w takiej sytuacji niemal niemożliwe.
Namierzamy też toaletę z umywalnią i adaptujemy ją na namiastkę prysznica, który też nie jest tu darmowy...
 |
| Najtańsza i zarazem największa kawa na szlaku. |
Po dwóch godzinach wracamy przez Vassbotten na szlak. Najpierw asfaltem, a potem drogą leśną. Tu ostrzeżenie, że od października myśliwi mogą nas wziąć za łosia, na którego chyba nie wyglądam ;-)
 |
| Łosiowanie na pole? Polowanie na łosie! |
Mijamy porębę i leśną drogą przemierzamy dzikie ostępy. Mamy na mapie namierzoną wiatkę już niedaleko, więc dnia wystarczy. Jezior też nie brakuje, a w pobliżu słychać szum łopat turbin wiatrowych, których w okolicy postawiono dwa tuziny.
Po drodze trafiamy na małą chatkę, lecz zamkniętą, a szkoda, bo wygląda w sam raz dla dwójki strudzonych wędrowców. No, ale przecież w pobliżu będzie wiatka...
Dochodzimy do miejsca oznaczonego na mapach jako schronienie, ale natrafiamy jedynie na okap skalny ze śladami po ognisku. Na wszelki wypadek przemierzamy najbliższą okolicę, ale nigdzie przytulnej drewnianej konstrukcji ani widu... Trochę miny nam rzedną, ale cóż. Za zakolem zatoczki oznaczono miejsce na ognisko. Może tam znajdziemy plac na namioty.
Znajdujemy metalowego grilla, ale jakoś mnie to nie pociesza. Znowu eksploruję sąsiedztwo i kilkadziesiąt metrów dalej zauważam kolejny domek. Ten niestety również niedostępny dla pieszej publiki...
 |
| A miała tu być wiata... |
Mapa nic więcej nie pokazuje, zatem kończymy poszukiwania. Jest stolik i ławka, a w pobliżu kibelek. To tak na otarcie łez, choć ten ostatni na otarcie innej części ciała ;-)
Zapada diecezja - rozkładamy tu swoje sanktuarium. Joanna na płaskim kawałku gruntu, ja zaś na drewnianym tarasie, w sam raz dopasowanym do rozmiaru mojego namiotu.
Nabieram wody barwy żółtobrunatnej odgarniając majaczące glony i po raz kolejny filtr wkracza do akcji.
W Vassbotten objadłem się nieprzyzwoicie, więc na kolację serwuję sobie dwa suchary. Przynajmniej mam do czynienia z czymś całkowicie suchym :-)
 |
| Trzeba się nawadniać... |
Chwila kontemplacji nad ciemniejącą tonią jeziora topiącego zmierzchowe zorze. Nie, ciszy z poprzedniego noclegu tu nie ma. Najbliższy wiatrak szumi niczym odrzutowiec rozgrzewający silniki, sąsiednie dyskretnie mu wtórują. Ale co tam. Jest przygoda - jest dobrze! W domu, na sucho, wszelkie niedogodności zbledną gdy wspomnę te chwile. Czyż nie dla prawdziwej surowej przygody tu przychodzimy...?
I tak nastał szum nocy letniej ;-)
07.09.2026. Dzień ósmy - Biwak przy jeziorze Ekelidsvattnet - Wzgórze i wiatka Björnerödspiggen.
Dystans na szlaku: 26 km.
Nie powiem by noc była sucha. Nieco pokropiło jeszcze wieczorem, więc wszystko trzeba było schować do namiotu. Trochę się pomieściło w przedsionku, trochę wewnątrz sypialni. Rano opady na szczęście ustały, ale nadal pełne zachmurzenie nie rokowało najlepiej. Po nocy jakoś wstąpił w nas optymizm, choć tak naprawdę, to nigdy nas nie opuszczał. Niejednokrotnie przemierzaliśmy szlaki w deszczu, biwakując w podobnych warunkach, by teraz okazywać niezadowolenie warunkami, jakie w Skandynawii są normą.
Przerwa w opadach była dla nas szansą na szybkie zwinięcie obozu. Niebawem zaczęło znowu kropić, więc postanowiliśmy wyruszyć bez śniadania, a zrobić na nie przerwę w drugiej napotkanej wiacie.
Jak postanowili, tak zrobili. Ogarnęliśmy miejsce przywracając do stanu poprzedniego, pozbieraliśmy śmieci których prawie nie było i naprzód!
Za wzgórzem na którym przycupnęła chatka, stał domek w typie kontenera z przeszkleniem w przedniej części. Z części oszklonej wystawał komin, więc tylko pomyśleliśmy, jak bardzo by ten domek nam wczoraj pasował gdyby był otwarty. Gdyby...
Jesteśmy na terenie farmy wiatrowej, dzięki temu możemy iść szeroką drogą, nie martwiąc się o napotkanie Moczybuta Skandynawskiego. Jednak za ostatnim wiatrakiem wchodzimy na trasę terenową, a ten mokraderca butów już tu na nas czyha...
Ja pomiędzy dwie skarpety założyłem cienkie woreczki foliowe i ten patent spisuje się doskonale. Co prawda buty od tego nie stają się suche, ale przynajmniej stopa ma chwilowo więcej komfortu.
 |
| Poznajecie? Moczybut Skandynawski! ;-) |
Dochodzimy do małej osady, gdzie znajdujemy cztery domy, w tym tylko jeden wygląda na zamieszkany na stałe. Przydrożna jabłoń dostarcza smacznych owoców, którymi się zajadam nie tylko z braku śniadania, ale i dla uzupełnienia witamin. Dodatkowe dwa wędrują do kieszeni.
Vindskydd! Super! Namierzamy schronienie i zasiadamy na chwilę. To także okazja do podsuszenia majdanu, bo chwilowo deszcz nie pada. Mój klejący się tropik bardzo mnie niepokoi, bo może to oznaczać poważny problem przy kolejnych biwakach. A w terenie poza suszeniem nie mogę nic więcej z tym zrobić. Wieje dość mocno, ale jest chłodno i nasycenie wilgocią jest wyraźne. Co podeschnie, to podeschnie.
Drogi, ścieżki, mokradła i głazy. Jeśli do tego dodam kolejną wiatkę, to macie standardowy i niemal kompletny opis szlaku. Do kompletu oczywiście jeziora i wzdłuż brzegu dochodzimy do drugiej wiatki.
 |
| Takich mokradeł było zdecydowanie więcej. |
Druga wiatka i czas na dosuszanie i śniadanie, więc filtr wkracza do pracy i niebawem wrząca woda wesoło buzuje w kubalach. U mnie szef kuchni serwuje kurczaka w potrawce. Danie bardziej obiadowe, ale i pora już na ten posiłek. Co prawda obiadów w terenie nie jadam, ale skoro nie było śniadania...
Pokrzepieni posiłkiem napieramy dalej. Trochę góra - dół, lecz w umiarkowanych proporcjach. Przynajmniej forma zróżnicowania terenu i szczątkowe widoki spomiędzy drzew.
Wychodzimy na mały poligon, będący torem dla wszelkiej maści pojazdów terenowych. A skoro pojazdów, to jest i leśna droga, która wyprowadza nas na asfalt i dochodzimy przy jeziorze do Krokstrand.
Kolejny, tym bardziej nasilony deszcz dopada nas w kontrolowanych warunkach. Wiata przystankowa doskonale nadaje się na przeczekanie. Po kilkudziesięciu minutach opad wyraźnie słabnie, a nam zostało już tylko wspiąć się na najwyższe wzniesienie na szlaku, gdzie ma czekać na nas - a jakże - kolejna wiatka i wieża widokowa.
 |
| Wiatki przybierają różne formy. |
Mogliśmy pójść drogą, wydeptanymi ścieżkami, jednak trzymając się znaków przedzieraliśmy się przez mokre zarośla. Jednak wizja suchej i przestronnej wiaty dodawała nam otuchy i ochoczo i systematycznie nabieraliśmy wysokości.
Ogromny głaz ledwie wystający z ziemi sprawiał wrażenie lodowiska, choćby z racji mokrego połysku. Obfitował w kopczyki kamienne różnej maści, z których wyróżniała się Bohusia - kamienna podmalowana maskotka szlaku Bohusleden. Jej surowość doskonale korespondowała z charakterem trasy.
 |
| Bohusia :-) |
No i doszliśmy.
Na szczycie "góry"- przynajmniej według skandynawskich standardów, bo u nas taki pagór trudno byłoby nazwać górą - znaleźliśmy dwie wiatki i niewielką wieżę widokową. Nowszą wiatę zaadaptowaliśmy na noclegową i wrzuciliśmy do niej swoje bambetle. Druga robiła za suszarnię, więc przy braku innych lokatorów mieliśmy bardzo dobre warunki jak na nasze potrzeby i ofertę szlaku. Z uwagi na lokalizację nie było w pobliżu jeziora, aczkolwiek po rozejrzeniu się z wieży, wybrałem kilka kałuży z deszczówką do zebrania i przefiltrowania. Nie natknąłem się też na kibelek będący często w komplecie, lecz w pobliżu i w eksplorowanej za dnia okolicy nie było.
 |
| Nie to co na Szpilówce, ale zaliczona :-) |
 |
| Wrzosy, porosty, mchy i inne zarosty :-) |
 |
| Woda z kałuży ku zdrowiu służy :-) |
Urządziliśmy się więc wygodnie, moszcząc legowiska za dnia, zaś kolację już o zmroku. Cały czas mżył lekki kapuśniaczek, ale było dosyć ciepło, a osłonięcie wejścia tropikiem namiotu Joanny i moim ponchem zbudowało przytulność i całkiem ciepły bezwietrzny mikroklimat. A wszystko jak zwykle za darmo i w pięknych okolicznościach przyrody :-)
08.09.2026. Dzień dziewiąty - Wzgórze i wiatka Björnerödspiggen - wiatka Rogstad Hillerns.
Dystans na szlaku: 17 km.
Biwakowanie w terenie to dla mnie kwintesencja wędrówki. Spanie pod wiatą, pod namiotem, a czasem nawet pod gołym niebem to dopełnienie przygody dnia, która wieczorem się nie kończy, zaś rano przechodzi w nasz ulubiony ciąg dalszy.
I na ten ciąg dalszy trzeba się teraz pozbierać.
Moje śniadania na wędrówce nie są obfite. Ciasteczka owsiane tudzież podobny zamiennik bądź bułka z serem - jeśli jest - to w zupełności wystarczający napęd na początek dnia. A ten nie zapowiada się zbyt pogodnie.
Naciągam podwójne skarpety przekładane woreczkiem foliowym, zakładam bluzę polarową z oddychającym microgridem i przy mżawce - także narzucam poncho. Teraz mogę stawić czoła warunkom na szlaku.
 |
| Śniadanie. |
Pagór był wybitnie skalisty. W zasadzie to jeden wielki głaz, powleczony cienką warstwą gleby z wmontowanymi w nią sosnami i na głębszych warstwach ziemi innymi iglakami. Do tego brzózki i wszelkiego rodzaju krzewy z dominacją wrzosów, a także liczne mchy i porosty. A między tym wszystkim nasza ścieżka oznakowana szlakowym pomarańczem.
Dochodzimy do ściany gęstego, zwartego lasu. Jego gołe pnie niczym palisada, dźwigają wysokie ciemnozielone nakrycia. Ciemność niemal bijąca spośród pni jest niemal złowroga, ale i magicznie przyciągająca. W bezpośrednim kontakcie wrażenie jest zaiste niesamowite.
Po długich kilometrach dochodzimy do pojedynczego gospodarstwa. W chwili gdy Joanna fotografuje ozdoby na jego tyłach, niemal nagle nadciąga obfity deszcz i bezpardonowo obejmuje władanie nad okolicą. Zaglądamy do szopy warsztatowej i zauważamy wewnątrz dwie kobiety. Pozwalają nam się schronić i zasiadamy pod dachem, niemal nie wierząc w tak szczęśliwy zbieg okoliczności. Ja zaś to zdarzenie przypisuję wstawiennictwu lipnickiego patrona - świętego Szymona z Lipnicy. I mocno w to wierzę, bo każdego ranka proszę go o wstawiennictwo. I dostaję...
Panie są Norweżkami na szwedzkiej ziemi i są bardzo sympatyczne i życzliwe. Trochę rozmawiamy, a deszcz nie ustaje. Telefony wpięte do ładowania, więc im dłużej poleje, tym więcej prądu się wleje :-)
Kobiety jadą do miasta, lecz pozwalają nam zostać, bowiem pogoda jakoś nie chce się poprawić, a nasz dystans na szczęście dzisiaj nie jest wysilony.
Niewiasty były życzliwe, to póki ich nie ma, złapałem za miotłę i objechałem podłogę na czysto. Po powrocie zostałem uściskany, o co bym dotychczas Skandynawów nie podejrzewał... Było sucho, było miło :-)
 |
| U gościnnych Norweżek w Szwecji. |
Deszcz ustaje - my ruszamy. Jeziora jakoś oddaliły się od nas, bo na mapach widać je w oddali. Lecz przed oczami pojawiają się rozległe łąki i bezkresne uprawy. Setki hektarów w jednej połaci kołyszą się dywanem zbóż. Nawet szerokim obiektywem nie byłem w stanie ich na raz objąć.
 |
| Zboże jak morze. |
Czas na relikty przeszłości. Kamienne domostwa, a w pobliżu kolejne odkrycia, do których jednak nie zbaczamy, bo i często prowadzą do nich mokre i zarośnięte ścieżki. Nie znaczy to, że te nasze są inne. Ruchomy śliski mostek i mokre szpalery każą nam wytężać uwagę, ale to na szlaku nic nowego.
Przed osadą nie omijamy jej według znaków, a kierujemy się na domostwa. Krócej i z mniejszym moczeniem butów w dość wysokiej trawie. A za domami widzimy i słyszymy zakład produkcji kruszywa, do którego regularnie podjeżdżają okazałe ciężarówki.
Drogą szybko dochodzimy do odbicia w las, podchodzimy forsownym marszem i w obszarze zszarzałego głazu znajdujemy wcześniej wytypowaną wiatkę.
Obiekt jest już nienowy, lekko cieknie przez dziury po gwoździach, ale może przez noc nie będzie padać. Na wypadek wszelki wybieram miejsce pomiędzy mokrymi punktami, bo Joanna wybrała to całkiem suche. Z ławki robimy wewnętrzny stolik by mieć suchą kuchnię pod dachem i rozkładamy się jako zwykle.
Ja robię remanent moich zapasów, które wyglądają całkiem okazale. Jutro bowiem mamy krótki odcinek do mety w Strömstad, by spokojnie zdążyć na popołudniowy prom do norweskiego Sandefjord.
Liczę pakiety, przeliczam na pozostałe dni i wychodzi na to, że nie muszę oszczędzać na posiłkach. Standardowo trzeba będzie tylko dokupić świeże pieczywo i jestem zabezpieczony do samego odlotu.
Na kolację więc wskakuje makaron świderki z serem Grana Padano. Joanna zaś ofiaruje sproszkowany sos do spaghetti Bolognese, który wsypuję cały. Mocno zaskoczona informuje, że to torebka na cztery porcje... No cóż, ja przywykłem do komponowania dań, które w całości wsypuję i tak też postąpiłem z tą torebką. Ale udało mi się pół niezamoczonej wyspy zebrać na powrót do torebki. No i tym samym zdobyłem nową sprawność zuchowską :-)
 |
| Z pewnością jedzenia nie zabraknie. |
Na tyłach wiaty głaz piętrzył się nad okolicą, a postawiona tam ławka w sam raz nadawała się na konsumowanie obiadokolacji z widokiem na cel jutrzejszego etapu i też całego szlaku.
Taki mamy właśnie na dzisiaj hotel i taką restaurację z pełną panoramą :-)
 |
| Dowaliłem tego sosu... Pewnie widać z daleka! |
Tak znowu dzień nam się udał. Buty co prawda od kilku dni nie schną, ich zapach nakazuje odstawić je z dala od sypialni, gdzie wędrują wraz ze skarpetami. Ale cała reszta mieści się w granicach normy, więc może jutro nie będziemy zbyt dokładnie obwąchiwani ;-)
Ze świeżym górskim i morskim powietrzem w nozdrzach, zasnęliśmy spokojnie po raz ostatni na gościnnej szwedzkiej ziemi.
09.09.2026. Dzień dziesiąty - Wiatka Rogstad Hillerns - Strömstad.
Dystans na szlaku: 10 km.
Ostatnia noc w Szwecji...? Zapytałbym, czy aby na pewno. Tak - na tej wędrówce. Ale jednak Szwecja ze swymi krajobrazami, szlakami i dostępnością opcji biwakowych, zapadła mi głęboko w serce. Na te przemyślenia będę mieć jeszcze czas, dzisiaj trzeba dojść do mety.
Rano do wiatki zajrzało słońce. Oby jak najdłużej towarzyszyło nam na tym krótkim już odcinku.
Nie marudziliśmy nad śniadaniem i zwijaniem się, bo inaczej niż w poprzednich dniach, dzisiaj mieliśmy wyznaczone ramy czasowe i dopasowany do nich dystans.
Słońce nadal świeciło, a niebo zachwycało błękitem. W butach już prawie sucho, więc izolacja foliowa trafiła do worka na śmieci. Nawet zapach oddolny wydawał się mniej dokuczliwy.
Joanna wczoraj spacerowała po okolicy i znalazła siedmiolistną rozetkę - niemal jak czterolistna koniczynka. Ale pod głazem, na czapie którego spaliśmy, odkryła coś większego.
Wielka nisza, niemal jak grota bądź jaskinia, mogłaby być miejscem schronienia nie tylko dla Pitekantropusów, Neandertalczyków, ale nawet przedstawicieli Homo Sapiens Redux, co pokazywały ślady po legowiskach.
 |
| Otto nasze grotto :-) |
Zostawiliśmy za sobą formacje skalne. Opuściliśmy też rozległe lasy z ich skromnym bogactwem. Nawet i łąki pożegnaliśmy oraz jeziora, które widzieliśmy z góry. Pożegnaliśmy bliskość obejmującej nas gościnnej cichej natury i wkroczyliśmy w zatłoczony hałas miejskiej cywilizacji...
 |
| Wychodzimy! |
Miasto. Twór sztuczny, a jakże wielu z nas doskonale znany i zapewne też przez wielu lubiany.
Po dniach spędzonych w dziczy i na obrzeżach cywilizacji, wszystkie jej przejawy dotykały nas z większą wyrazistością. Drogami, uliczkami, pomiędzy domami i większymi budowlami, doszliśmy do węzła transportowego.
 |
| Pierwsze rondo w Strömstad. |
 |
| Prosto z mostu. |
Rozglądaliśmy się za jakimś znakiem wskazującym początek / koniec szlaku Bohusleden, którego północną dzikszą część właśnie ukończyliśmy. Czy był, czy go nie było, za ten symboliczny punkt przyjęliśmy tablicę z nazwą miasta i jego stacji Strömstad. Tu sobie pogratulowaliśmy i podziękowaliśmy za wspólne zgodne wędrowanie. Pamiątkowe zdjęcie dopełniło formalności.
 |
| U celu! |
 |
| Pamiątkowa fota. |
Mieliśmy jeszcze zapas czasowy na prom do norweskiego Sandefjord, więc wykonaliśmy małą rundkę po mieście i uzupełniliśmy zapasy na Norwegię. Na koniec zasiedliśmy w kawiarence, gdzie Joanna zaprosiła mnie na kawę i ciasto - dziękuję.
 |
| Jest meta - jest feta! |
 |
| fot. Joanna B. |
* * *
W Szwecji przeszliśmy ponad 200 kilometrów, z tego 193 km na szlaku i w jego obrębie, reszta to miasta. Do wyliczonych z mapy 180, te dodatkowe to dojścia do wiatek na uboczu, po wodę, do atrakcji, ale też i nieliczne błądzenia, skróty i obejścia.
Szlak za Munkedal jest dziki, choć z mojej perspektywy powinno zabrzmieć: całkowicie tętniący naturą. Nie sprawdzałem zasięgu telefonii, bo jedynie czasem z wieczora wysyłałem kilka zdjęć z lakoniczną informacją. Ponadto padający telefon miał pełnić funkcję nawigacyjną i fotograficzną, przez co dla dalszej oszczędności baterii był przełączony w tryb akumulatorowy i niskie zużycie baterii.
Wątek sprzętowo logistyczny dodam w odrębnym wpisie.
Tu jedynie dodam, że szlak jest piękny, przyjazny wędrowcom, bardzo dostępny i dobrze oznakowany. Ma wystarczającą liczbę schronień, że nawet mógłbym iść bez namiotu, czego jednakowoż jako niezależny hiker sobie nie wyobrażam. Dobrze mieć własne zaopatrzenie w żywność, a możliwość uzupełnienia zapasów w sklepie traktować jako nieoczywistą opcję. Podobnie z zasilaniem - powerbank może się nie przydać - jak nam, ale i bez niego bym nie wyruszył. Po prostu należy się rozsądnie przygotować, bo nie jest to spacer po dużym parku.
No i pogoda... Skandynawia. Bogactwo różnorodnej pogody. Zapewne nie z całej różnorodności chcielibyśmy czerpać, ale i na to trzeba być przygotowanym.
Biorąc pod uwagę, że z marszu, a raczej z pokładu promu trafiliśmy do Sandefjord w Norwegii, wyprawę w tym miejscu podzielę, bo i tak wpis jest wystarczająco długi. W Norwegii rozstajemy się z Joanną, która ma więcej obowiązków, ja zaś miałem wcześniej wykupiony bilet powrotny z zapasem czasowym, więc w następnym wpisie -
.
Szlak, niby wciąż taki sam (jeziora lasy, lasy, jeziora) a jednak... Bardzo podobają mi się wiatki. I ich ilość. Takie przeprawy jak np. tratwa na linie to perełki 🙂. Świetne pióro!
OdpowiedzUsuńDzięki, dzięki! Te dziesięć dni było na nasycenie się szlakiem, ale nie przesyt. Choć tak pięknymi i surowymi widokami trudno się przesycić. A różnorodności było w sam raz.
UsuńBardzo cenię Twoją opinię :-)