Zanim rozwinę wątek o Norwegii, nawiążę pokrótce do poprzedniego wpisu o Bohusleden.Otóż planując przejście północnego odcinka Bohusleden, liczyliśmy się z Joanną z tym, że na trasie może nam się trafić załamanie pogody, które będzie trzeba przeczekać. Zapoznaliśmy się też z predefiniowanymi etapami, z których kilka opisanych było jako trudne. Chcieliśmy też mieć kilka dni na rozejrzenie się po Norwegii bez planowania konkretnej trasy, raczej okoliczny rekonesans i ogarnięcie się po szlaku z minimalnym dostępem do dóbr cywilizacyjnych.
Na Bohusleden spędziliśmy dziesięć dni, głównie dzięki nienajgorszej pogodzie, braku większych ulew, dobrej kondycji i zaprawieniu w trekkingowym boju. Zamiast dwunastu dni na spokojnie, zrobiliśmy trasę w dziesięć, a odliczając pół dnia początkowego i pół końcowego, to w sumie jakby dziewięć.
No i zostało kilka na Norwegię... :-)
09.09.2026.
Wyruszyliśmy ze Strömstad promem o 13:15. Trochę buja - nie ma zbója :-) Nieco ponad dwie godziny w komfortowych warunkach i wylądowaliśmy w norweskim porcie morskim Sandefjord.
Biorąc pod uwagę, że niedaleko za miastem jest port lotniczy Oslo-Torp, poruszanie się po tym skrawku Norwegii miało odbywać się per pedes.
 |
| Widok na część portową Stromstad |
 |
| Wsuwamy się majestatycznie między fiordy. |
 |
| Welcome to Norway! |
W Sandefjord port morski jest połączony z centrum, więc całe centrum skupia się blisko morza. Dalej są centra handlowe, firmy i osiedla mieszkalne.
Pokręciliśmy się chwilę po nabrzeżu, Joanna uzupełniła zapas wrzątku i zimnej wody pitnej, bowiem jutro z rana miała powrót do domu z pobliskiego lotniska. Ostatni biwak wyprawy planowała jak najbliżej portu lotniczego.
Odprowadziłem Joannę na prostą w stronę lotniska i wtedy zobaczyłem niewielki kościół katolicki. Pożegnaliśmy się więc i każde ruszyło w swoją stronę.
 |
| Tu już rozstaliśmy się planowo z Joanną. |
Na kościelnej tablicy wyczytałem informację o niedzielnej mszy w języku polskim, w sam raz, gdyż w poniedziałek to ja miałem lot powrotny do Krakowa. Poszedłem jeszcze do okazałego kościoła Sandefjord Kirke, którego mocne dzwony donośnym głosem przez długi czas opłakiwały sierpniowe odejście króla Haralda V i jego dzisiejszy pogrzeb.
 |
| Kościół katolicki w Sandefjord. W niedziele są tu polskie msze o 14:30. |
 |
| Sandefjord Kirke z mocnymi dzwonami i świetnymi organami. |
Natknąłem się też na ogłoszenie bądź informację, na której kątem oka zauważyłem polskie nazwisko. Takie akcenty wpadają same w oko na obczyźnie. I tak jakby niechcący złapałem kontakt do Pana Krzysztofa, który w mieście zamieszkuje już od dawna. Zapytałem go o jakieś skromne miejsce noclegowe, głównie z opcją pozostawienia plecaka na dzienne wędrówki po okolicy. Spodziewałem się wskazania co najwyżej jakiejś nieciekawej miejscówki, więc jakież było moje zdziwienie, gdy Pan Krzysztof postanowił mnie ugościć w pobliżu swojego domu!
Tak nieoczekiwana interakcja z rodakiem kazała mi znowu pomyśleć o Opatrzności. Na miejscu mogłem wyprać moje skarpety, które właśnie zaczynały już żyć swoim życiem. Koszulka też odzyskała swą świeżość, a buty pozbyły się niemal całej wilgoci. Gdy jeszcze okazało się, że żona Pana Krzysztofa podjęła mnie gorącym daniem obiadowym, to już nie bez kozery zacząłem zastanawiać się, czy przypadkiem nie umarłem i znalazłem się między aniołami w niebie!
Trail Angels - znacie to określenie? Anioły Szlaku. Ludzie dobrej woli, dobrodzieje wędrowców, wspierający ich na szlakach na różne sposoby, czasem nawet w stopniu niewiarygodnym.
Pan Krzysztof nie prowadzi żadnej formy usług turystycznych, więc nie napiszę więcej o szczegółach, bo w tym konkretnym przypadku spotkała się moja specyficzna potrzeba z wielkim sercem dwojga niesamowitych osób.
Wędrując szlakami, spotykałem się z życzliwością obcych osób, ale to, co zaoferowali Pan Krzysztof i jego małżonka, przebija wszystko. Przez kilka dni miałem do dyspozycji swoisty Base Camp - jak dla mnie więcej niż wystarczający. Mogłem przemierzać okolice dzień w dzień bez plecaka i w suchych butach, gdy tylko pogoda sprzyjała. A aura nawet dopisywała.
Dzisiaj ruszyłem na lekko, namierzając wcześniej sklepy outdoorowe. Mając świadomość norweskich cen, nie planowałem żadnych zakupów. Ot, chciałem tylko zobaczyć zaopatrzenie, ofertę i właśnie ceny. Ale mając czas i analizując różnice, znalazłem wiele dysproporcji i całkiem sporo towarów niewiele droższych niż w naszym kraju. Posiłki liofilizowane za 50 NOK / 20 PLN to świetna oferta nawet na polskie warunki, a desery za połowę tej kwoty nie mają sobie cenowo równych u nas! Gaz Primus 230 g za 90 NOK też nie szokuje ceną, a w sąsiednim Clas Ohlson wypatrzyłem składaną podkładkę do siedzenia za 30 NOK. To około 12 zeta! Gdybym tak jeszcze czujnie pobuszował po półkach, mogłoby się okazać, że pozycji w dobrej cenie jest jeszcze więcej.
 |
| Liofilizaty w bardzo dobrych cenach. |
 |
| Kartusze z gazem w cenach do przyjęcia. |
Ileż można węszyć między półkami... Rozeznanie wykonane, to ruszam w poszukiwaniu jakiegoś choćby krótkiego szlaku. Pogoda jak drut, to trza kilometry nawijać.
Dawno temu, kiedy na Oslo-Torp patrzyłem jako na tani kierunek, na mapie widziałem dwa długie półwyspy wystające w morze od strony Sandefjord. Dzisiaj postanowiłem wybrać się na zachodni - Vesterøya, w poszukiwaniu lokalizacji biwakowej i oznaczonej tam wiatki.
Skalisty ostrów i usiane wysepkami morze, to widoki, które ciągnęły się kilometrami. A wszystko to dość gęsto zabudowane. Wysepki ledwie wychylające skałę z wody, a już nakryte domkiem o niewiele mniejszych gabarytach. Na szczęście było sporo odcinków terenowych, bo przecież wędrowałem znakowanym szlakiem.
 |
| Droga do Vesterøya |
 |
| Na szlaku. |
 |
| W centrum - wysepka z domeczkiem. |
 |
| Dużo tabliczek, ale jeden szlak. |
Nie oddalałem się od brzegu, czasem kluczyłem w zaroślach, aż wreszcie dotarłem do Campingu Langeby, gdzie już wyraźnie widać było koniec sezonu, choć to dopiero koniec pierwszej dekady września. Toalety zamknięte, natryski nieczynne, kamperów jak na lekarstwo. No, tego się nie spodziewałem.
 |
| Zielony tunel. |
 |
| Opustoszały kemping. |
Zaś za końcem płatnej części stoi spora wiatka, szeroka, obszerna, dobrze pobudowana. Wewnątrz nawet wypatrzyłem solidne haki do podwieszenia hamaka. Jest też śmietnik, miejsce na grilla i ławkostół. No i standardowo - tak jak w Szwecji - widok na wielką wodę, w tym przypadku morze.
 |
| Jest i wiata! |
W jedną stronę wyszedł niezły kawał drogi, więc do akcji weszła bułka szwedzka z polskim salami i norweskim bananem. Woda do elektrolitów też miejscowego pochodzenia.
Po sąsiedzku namierzyłem Polową Kabinę Prysznicową (PKP) podłączaną do kranu z zimną wodą. Wyglądała na darmową :-) Natomiast nigdzie w pobliżu nie udało mi się namierzyć czynnego kibelka, co by dobitnie świadczyło o schyłku sezonu.
 |
| Polowa Kabina Prysznicowa - PKP :-) |
Drogę powrotną wytyczyłem asfaltem. Przy okazji stwierdziłem, że autostop jest Norwegom jakby nieznany. A może po prostu wyglądałem na dziarskiego długodystansowca...?
Stodoły jak w Polsce, domy jak nigdzie. A może jak wszędzie. Kolega prosił mnie o zdjęcia architektury norweskiej, ale po kilku fotach stwierdziłem, że tutejsze domy są całkowicie odmienne. Jaki kto chce - taki stawia. A zwłaszcza poza miastem. Tu panuje wolna norweżanka i znaleźć dwa podobne domy w puli stu jest niemożliwe.
Jeszcze w miastach jest jako-tako, ale i tu różnorodność - choć na mniejszą skalę - jest z łatwością dostrzegalna.
 |
| Norweska 100doła |
 |
| Każdy dom inny. |
 |
| Każdy dom trochę inny. |
A zapytacie o polskie akcenty? To Wam odpowiem - bardzo dużo.
Oprócz niezrównanego Pana Krzysztofa, mamy na drogowskazie Witolda Gombrowicza z Małoszycami, oraz pełne półki polskich produktów spożywczych praktycznie w każdym spożywczaku. Temat jeszcze wróci na późniejszych zdjęciach.
 |
| Do Małoszyc? Tędy! |
 |
| Z Basią Ci się upiecze. |
 |
| Polska półka. |
Wróciłem do bazy. Żona wysłała Pana Krzysztofa z poczęstunkiem. Dziękuję.
Myślałem, że wrócę lekko szczuplejszy. Myślałem...
Piątek był taki jakby niewyraźny. Postanowiłem przejść się na lotnisko, bo i niedaleko i będę mieć rozpoznaną i wyliczoną czasowo drogę na poniedziałkowy poranny powrót.
Po drodze namierzyłem stację krótkofalowca z zestawem anten na wszelkie pasma amatorskie (to też moja dziedzina). Później bardzo uważałem na łosie, ale jak na złoś nie wyszedł żaden łoś...
 |
| W Sandefjord jest sporo krótkofalowców. |
 |
| Łośczerzenie ;-) |
Oczywiście kusił mnie pobliski szlak, lecz marszrutę miałem konkretną i ustaloną. Ale sami wiecie - znak sam rzucił mi się w oczy. Dobrze, że nie łoś... ;-)
 |
| Nasi tu chodzą! |
Zrobiło się trochę terenowo i totalnie pusto. Gdyby nie kot po zejściu z drogi asfaltowej, to bym pomyślał, że nie ma tu żywego ducha! Choć kot nie był jakiś szczególnie uduchowiony. Kocia wiara...
Jeszcze mały zagajnik i wychodzę na pola okolone ścieżką, a przede mną pierwsze zabudowania kompleksu lotniskowego. Kolejne pojedyncze minuty i melduję się w terminalu.
Ogarniam co i jak, gdzie z bagażem nadawanym, gdzie kontrola bezpieczeństwa, gdzie to i ...toi ;-)
Nawet jeśli zaśpię i przybiegnę na ostatnią chwilę, powinienem jeszcze zdążyć zrzucić garba i złapać bociana za nogi :)
Wychodzę przy ładnej pogodzie, ale w przyrodzie łapie mnie deszcz. Nie wracam pod dach, bo już trochę za daleko, a przecież nie takie ulewy się z butów wylewało!
Muszę przyznać - nowa kurtka spisała się doskonale. Jedna z niewielu posiadanych, która po godzinnej zlewie nie przemokła. No, ale poniżej kurtki już tak sucho nie było.
Pamiętajcie - jak wszystko, a przynajmniej prawie wszystko idzie do "D", uśmiechnijcie się. To nie pomaga za wiele, ale za to lepiej będziecie wyglądać na zdjęciu :-)
 |
| Zlewa była konkretna... |
Jeśli święty Krzysztof nie był patronem mokrych wędrujących głodomorów, to od dzisiaj już jest. Amen.
Sobota miała być bezdeszczowa i taka wytrzymała. Bo ja całego dnia w Base Camp bym już nie wytrzymał.
Dostałem rekomendację szlaku na górkę. Mokollen to jeden z bardziej znanych punktów widokowych na obrzeżach Sandefjord. Podobnych miejsc na szczęście nie brakuje, więc nie musiałem chodzić tylko po płaskim.
Wdrapywania pod górkę nie było jednakowoż za wiele, ale każdy metr więcej nad poziom norweskiego morza doceniam i z radością zdobywam.
Wzgórze okazało się też twierdzą, jak twierdzą przewodniki. Mówią one o bunkrach, magazynach i gniazdach artyleryjskich wykutych w skałach. Taki jeden znajduje się tuż przy ścieżce, ma komin i wentylację, ale niestety, był zamknięty i nie mógłbym go zasiedlić. A takie miejscówki doceniam.
 |
| Bunkier wojenny. |
Przyszedłem tu jednak trochę posapać pod górę i pogapić się z góry. Faktycznie - miejsce widokowo zacne, widnokrąg niemalże dookólny i łatwo ogarnąć rozległość miasta i jego położenie. Wiało okrutnie, ale takie zjawisko zwykle informuje mnie niezbicie, iż znajduję się na wyniesionym punkcie, nierzadko widokowym. Może coś Wam powiedzą te foty z soboty.
Zszedłem do miasta, bo górka ani wysoka, ani rozległa. Choć nie jestem Urban Explorerem, to jednak trochę podobieństw i nieco inności warto zaoczyć. Sporo tu starszych reliktów mówiących o przeszłości grodu, które w pełnej harmonii łączą się ze współczesnością.
 |
| Stacja kolejowa. |
 |
| Kościół luterański Sandar Kirke. |
 |
| Jakby dyby... Albo pręgierz. |
Odświeżyłem pamiętaną topografię i ciągi komunikacyjne i ponownie odnalazłem polskie akcenty w kraju Wikingów. Już nawet z przymrużeniem oka patrzyłem na leciwy pojazd, czy aby nie jest to jakaś rozwojowa wersja Dużego Fiata, ale dostrzegłszy charakterystyczne literki RR, od razu rozpoznałem producenta silników lotniczych do aeroplanów, które mnie wożą :-)
 |
| Blisko i daleko. |
 |
| "Nasz" kościół. |
 |
| Kolejny sklep i mnogość polskich towarów. |
 |
Rolls-Royce Silver Shadow II, a właściwie już jego cień... |
Większe sklepy ulokowały się nieco dalej od centrum, zaś port stał tam, gdzie go przedwczoraj zostawiłem. Ale dzisiaj już wiedziałem, że stoi tam ostatni statek wielorybniczy - sławny Southern Actor. Jednak era morskiej corridy także i tu należy do przeszłości.
 |
| Centrum handlowe na obrzeżach miasta. |
 |
| Southern Actor. |
Schody prowadzą pod górę. Ta oczywista prawda zaprowadziła mnie na kolejny punkt widokowy, tym razem nad samym morzem. Skoro z dołu zobaczyłem na skale flagę na maszcie i obok niej ławeczkę, to jak myślicie, gdzie mnie nogi poniosły...?
 |
| Schodami w górę... :-) |
Pierwsze piętro już oferowało niezłą perspektywę wzdłuż fjordu, ale była jeszcze antresola z ławeczką. Oczywiście zdobyta. Jednak widoki z góry mają w sobie coś nostalgicznego. A przede wszystkim można patrzeć i nawet po kilku dniach da się dostrzec coś nowego. A jeszcze z lornetką... Dzisiaj akurat nie miałem.
 |
| To mnie ciągnęło z dołu. |
Z wędrownego obowiązku przeanalizowałem wzniesienie pod kątem awaryjnego biwaku. Opuszczona bodaj knajpka z werandą, na bocznej ścianie kran z wodą pitną i wyżej gniazdko - nie sprawdzałem czy czynne. Do tego wiata grillowa i od biedy gdybym tu dotarł naprawdę późno... Wyglądało przekonująco. Ale jest Base Camp, to mam gdzie się podziać.
 |
| Gdzieś tu może dałoby się awaryjnie przekimać... |
 |
| Jest woda pitna. |
Obstawialiście, czy żona wysłała Pana Krzysztofa z wiktuałami do mnie? Z zażenowaniem i wdzięcznością dla tych fantastycznych ludzi przyznam, że nie moglibyście się pomylić.
Idę do kościoła, ale polska msza dopiero popołudniu. A tu piękna słoneczna pogoda i ciepełko, jakiego nie było od kilku dni.
Pakuję się na Midtåsen. Nie będę Wam opowiadać o tym miejscu. Zakładam, że gdy obejrzycie, sami poszperacie w sieci, niczym norwescy rybacy :)
Ale powiem, że kompleks zrobił na mnie autentycznie duże wrażenie.
Pierwszy raz od przybycia do Norwegii żałowałem, że nie mam dobrego sprzętu fotograficznego. Najpierw park, a następnie budowla z przyległościami zasługiwały na uczciwą sesję fotograficzną.
Ja zaś podziwiałem i zasłaniałem się telefonem. Nie opisuję. Pokazuję.
 |
| Midtåsen. Będzie bardzo okazale. |
Udając się powoli do bramki bocznej, przechodząc obok koszy na śmieci stwierdziłem, że deszczu najpewniej dzisiaj nie będzie :-)
 |
| Dzisiaj deszczu nie będzie... :-) |
A potem boczne schodki do małej bramki i już jestem między domami i schodzę ku kościołowi. Jeszcze spoglądam po wystawach i czas już - spoglądając na kultową cytrynę 2CV - zajść do kościoła.
 |
| Tak, jesteśmy w Norwegii. |
 |
| Kultowa legenda na kołach - Citroen 2CV. |
Polska msza to dla mnie duża wartość. Potwierdza moją tożsamość narodową i religijną. A przy okazji mam za co podziękować, co czynię. A szczególnie za spotkanie Pana Krzysztofa i za to, co od strony jego i żony mnie spotkało. Dziękuję. Ale tu mogę też usłyszeć słowo ojczyste. Czyste słowo ojczyste...
 |
| Jeszcze przed rozpoczęciem polskiej Mszy św. |
Popołudnie jeszcze dalekie było od wieczora, a ja bliski od kolejnej górki. "Mój" prom zbierał się powoli do Szwecji, a ja według nawigacji doszedłem do wejścia w las.
 |
| Skądś go znam... ;-) |
 |
| Jest pagór - to naprzód! |
Jest szlak, więc jest dobrze. Znowu czuję się swojsko, choć nie żebym w Sandefjord czuł się inaczej.
Głazy wychodzą z ziemi co kawałek. Przypuszczam, że cała okolica to wielka skała, gdzieniegdzie tylko pokryta grubszą bądź cieńszą warstwą gleby. Jest gleba - są drzewa. A skoro jest górka, szlak i drzewa, to jestem i ja :-)
 |
| Wlazł w las... |
 |
| Znowu na szlaku :-) |
Widzę coś jakby kabel albo linę. Góra pod napięciem? Ależ skąd! Lina zamiast łańcucha, bo na ten głaz to tak wcale niełatwo się wtarabanić...
 |
| Lina się przydała. |
No i złapałem pierwsze widoki. Podobne do poprzednich, ale zawsze nowe. A przy okazji spostrzegam kilka umocnień, zapewne z czasów II wojny światowej. Nawet była tu antena, bo i wysokość spoko.
 |
| Góra z widokami to dobra góra. |
Szczyt górki mierzy niewiele ponad sto metrów. Kiedyś zdobywałem tysięczniki, dzisiaj trafił się setnik. Ale zaraz... Przypowieści o setniku dzisiaj chyba nie było... ;-)
 |
| Na szczycie, nieco ponad sto metrów. |
Jeszcze tylko Szeryf Spod Lasu, czy może Strażnik Teksasu i spadam na dół. Ale skały w tle jak w Yosemite... Niesamowite... :-)
 |
| Szeryf Spod Lasu. |
Polna monstrancja. Jakoś tak pomyślałem, widząc tę kompozycję. Wiecie? Podoba mi się tu.
 |
| :-) |
Aż w zakłopotaniu dodam. Z pewnością wiecie, o co chodzi. Pan Krzysztof przyznał, że żona nie widzi innej opcji. Było przesmaczne.
Tusen takk!
Wczoraj wszystko przygotowałem. Co się da, to od razu spakowałem. To już ostatni poranek i czas wracać.
Wdzięczność dla Pana Krzysztofa i jego żony próbowałem wyrazić dziękczynnymi słowami, ale czułem, że jestem w tym za mały.
Także i tą drogą z całego serca dziękuję. Ten przykład bezinteresownej życzliwości, wsparcia i gościnności będzie mi wzorem i przykładem.
Dziękuję!
Zbudziłem się na czas. Udało się nawet spokojnie zjeść śniadanie. Wyszedłem też o czasie. Świtało.
Drogę już znałem. Szedłem bardzo spokojnie, jakbym nie chciał wracać. Często tak miewam.
 |
| Skręcam w boczną drogę moim skrótem. |
 |
| Ostatnie gospodarstwa przed lotniskiem. |
 |
| A może by nie wracać...? |
Do lotniska doszedłem z sugerowanym zapasem czasowym. Ludzi było niewiele, bo i sam terminal jest niewielki. Oczywiście sporo Polaków, bo lot do Krakowa.
Plecak wskoczył do wora i na taśmę z wagą. A ta pokazała zaledwie 8,9 kg. Niezjedzone zapasy przeznaczone na Norwegię, dołożone kijki trekkingowe nie wchodzące w wagę Base Gear - podstawowego wyposażenia noszonego w plecaku i jeszcze dokupione w Szwecji żarełko w większości ocalałe. A w Norwegii nie robiłem żadnych zakupów. Więc bardzo lekko, zważywszy na 2 kg jedzenia.
W podręcznym plecaczku tylko powerbank i kurtka, bo w Krakowie straszyli deszczem.
 |
| Tak wiele zostało, a tak niewiele waży... 8,9 kg. |
Pożegnałem plecak, przeszedłem kontrolę bezpieczeństwa i zasiadłem w poczekalni. Wszystko bardzo spokojnie i na czas. Wystartowaliśmy zgodnie z rozkładem i tylko minus, że przez chmury nie widziałem z wyższego pułapu nieco już poznanej okolicy. Ale może tu jeszcze wrócę...
 |
| Na pokład! |
 |
| Wracam... |
Dzięki rozmowom z Panem Krzysztofem mogłem znacznie lepiej poznać Norwegię, która mocno zmieniała się na przestrzeni ostatnich lat. Inaczej bowiem kraj jest widziany przez wędrowca, inaczej przez turystę, a diametralnie inaczej przez osobę mocno już tu zakorzenioną. Jednak nadal jest to kraj mający każdemu wiele do zaoferowania.
Dla mnie ofertą Norwegii są przestrzenie połączone ścieżkami oznakowanymi kolorami, prowadzące między górami i wystarczająco odludne, bym poczuł się swobodnie...
...bo trafić na dobrych ludzi, już mi się tu udało... :-)
.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz