Strony

wtorek, 12 sierpnia 2025

Biały szkwał, Tęgoborze 1995 - wspomnienie po 30 latach.


Do Tęgoborza jeździłem często w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Miałem tam kolegę – krótkofalowca, a w okolicy było też kilku innych pasjonatów radia. Sam byłem krótkofalowcem, więc łączność na UKF była czymś nie tylko ciekawym, ale i pożytecznym w codziennym życiu.

Kolega miał domek kempingowy na ośrodku wypoczynkowym nad Jeziorem Rożnowskim i dwie łódki. Dość szybko wprawiłem się w wiosłowaniu, bo lata wcześniej pływałem po Śniardwach i kanale łączącym je z Łuknajnem. Teraz pływanie łódką wiosłową było wielką przyjemnością, a najbardziej lubiłem wypływać o 10-tej w nocy i trenować do północy, przemierzając zalew od krańca do cofki i z powrotem.

Tafla jeziora była zwykle tak gładka, że kilwater ciągnął się daleko i długo, jak spokojna linia na czarnej kartce. Powrót do przystani wymagał precyzji, bo w pobliżu były jeszcze dwa inne ośrodki. Do tego dochodziło manewrowanie między wędkami rozstawionymi na noc. Wszystko to było dodatkową atrakcją – cieszyłem się każdą chwilą. Lubiłem też w nocy obserwować wschód księżyca nad Dąbrowską Górą. Przestawałem wtedy wiosłować, by zobaczyć gładkie odbicie srebrnej poświaty na spokojnej toni jeziora. Nawet zwykle dokuczliwe bąki i komary już wtedy znikały i można się było rozkoszować ciszą w srebrniejącej nocy.

Czasem zabierałem dzieciaki z pobliskich domków, bo dla nich pływanie łódką było większą atrakcją niż codzienna zabawa. Znałem różne zakątki w szuwarach przy ostrowie, gdzie wodna trzcina pozwalała wpłynąć do starego wyrobiska. Było tajemniczo i odkrywczo.

Obok domku, przy bramie, dostałem pozwolenie na rozbicie namiotu, więc przygoda trwała non-stop. Wiosłowanie rzeźbiło ramiona i klatkę piersiową lepiej niż jakakolwiek siłownia. Moje treningi były naturalne, z potężną dawką przygody – czegóż chcieć więcej?



Dzień szkwału

Nadszedł sierpień 1995 roku. Wakacje, słońce i zapowiedź kolejnej przygody. Szwagier zaoferował mi podwózkę do Tęgoborza, bo nie dysponowałem wtedy własnym transportem. W zamian zaproponowałem dodatkową atrakcję: mogłem powozić łódką po jeziorze. Chętne były dwie siostrzenice w wieku szkolnym. Dołączyła też siostra – i w piątkę pomknęliśmy w kierunku Tęgoborza.

Na miejscu przywitałem się z kolegą, poprosiłem o udostępnienie łódki i zostawiłem plecak pod jego domkiem. Z siostrzenicami poszliśmy na przystań, odcumowaliśmy łódkę i zasiedliśmy na pokładzie. Powiosłowałem trochę za drugą boję, zrobiłem kilka bączków i wróciliśmy do przystani. Pogoda była świetna – słońce, ciepło, prawie gorąco.

Zaproponowałem, że popłyniemy do dalszego nadbrzeża wędkarzy, jakieś 400 metrów w stronę wschodnią. Dziewczynki przesiądą się tam do samochodu, a ja wrócę wiosłami. Tak też zrobiliśmy. Gdy dziewczynki wysiadły na brzeg, ja zawróciłem do przystani, machając załodze samochodu sunącego powoli drogą wzdłuż jeziora.



Nawałnica i wywrotka

Po przepłynięciu około połowy dystansu poczułem mocny powiew wiatru, a niemal natychmiast zaczął padać deszcz. Początkowo lekki, szybko przybrał na sile wraz z wiatrem. Odwróciłem głowę i zobaczyłem widok, który zmroził mi krew w żyłach: znad wzgórza zsuwała się ciemna, kłębiąca chmura. Niebo momentalnie pociemniało, a sytuacja na wodzie zrobiła się poważna.

Mocniej naparłem na wiosła, lecz wiatr w plecy skutecznie hamował mój postęp. W tej sytuacji nie myślałem już o dopłynięciu do pomostu, więc skręciłem ku brzegowi. Fale urosły na tyle, że nie dało się ich przyjąć od burty. Musiałem odwracać łódkę dziobem do fali, przechodzić ją górą, a następnie szybko skręcać ku lądowi, by zmniejszyć dystans do brzegu.

Nagle, podczas pokonywania kolejnej silnej fali, wiosło wypadło z wody, a może nie sięgnęło tafli ze szczytu fali, łódka przewróciła się do góry dnem, a ja wpadłem do wody. Seria myśli przemknęła mi przez głowę:
„Ale ciepła woda!”
„Łódka ma grodzie wypornościowe – nie zatonie.”
„Trzeba złapać łódkę i wdrapać się na nią.”

Wypłynąłem na powierzchnię, zlokalizowałem łupinę i wspiąłem się na przewróconą skorupę łódki. Fala gradu biła po plecach, a błyskawice grzmiały niedaleko. Sytuacja była poważna, ale zachowałem spokój. Dzięki wyciągnięciu kotwicy (wypadła przy przewrotce) i dryfowi, udało mi się dotrzeć do brzegu. W tym samym czasie nadszedł emerytowany major Tadeusz G., który pomógł wyciągnąć łódkę i osłonił mnie przed gradem.

Gdy dotarliśmy na teren ośrodka, siostra, szwagier i dziewczynki przywitali mnie z ulgą i radością, jakby widzieli zmartwychwstałego. Trawa była położona poziomo, dach jednego z domków został uszkodzony, a wokół leżały walające się dmuchańce, piłki i pontony. Kilka drzew straciło konary, a jedno przewrócone na drogę pomiędzy sąsiednimi ośrodkami. Na przystani żaglówka leżała na boku.

Byłem całkowicie przemoczony, ale szczęśliwy. Moja krótkofalówka i wiosła poszły na dno, ale plecak z suchą odzieżą został uratowany. Humor powrócił, a dzieciaki nie przestały zachwycać się przygodą.



Co to był za wiatr?

Do dziś pamiętam tamte chwile. Dopiero później dowiedziałem się, że zjawisko, które mnie spotkało, ma swoją nazwę.
To, czego doświadczyłem w Tęgoborzu, najprawdopodobniej było zjawisko znane jako biały szkwał. Jest to nagły, bardzo silny wiatr, który pojawia się bez wcześniejszych oznak burzy, w pełnym słońcu, i potrafi w kilka minut wzburzyć wodę do niebezpiecznych fal. Charakterystyczne dla białego szkwału są porywy wiatru, które mogą przewrócić łodzie, oraz biała, spieniona powierzchnia wody unoszona przez silny podmuch – stąd jego nazwa. To zjawisko bywa trudne do przewidzenia i właśnie dlatego spotkanie z nim na jeziorze bywa zarówno fascynujące, jak i groźne.



Poszukiwania następnego dnia

Na drugi dzień rozpoczęliśmy poszukiwania radia i wioseł. Pomagali zaprzyjaźnieni rybacy z sonarem i kolega z akwalungiem, ale małe radio i wiosła nie zostały odnalezione. Płynąc w innej łodzi jako pasażer, czułem się nieswojo – wspomnienie wczorajszej nawałnicy było jeszcze żywe.

Już następnego dnia wiosłowałem nową parą wioseł, choć śmiałość do dalszych wypraw nie wróciła od razu.



Powrót po latach

Po trzydziestu latach wróciłem do ośrodka. Niewiele się zmieniło, choć wielu znajomych już nie ma. Spotkałem rybaka, który pamiętał tamten dzień i pomógł mi odnaleźć miejsca opisywane w historii. Powspominaliśmy dawne czasy i zmiany, jakie zaszły w wielu aspektach wodniackiego życia.

Planuję jeszcze wrócić, by spotkać się z Wieśkiem – dziś sędziwym, ale bardzo przyjacielskim człowiekiem. Jego uścisk prawicy wciąż wiele dla mnie znaczy. To będzie okazja do kolejnego wspominania dawnych, minionych czasów. Wracam więc nie tylko do miejsca, ale i do wspomnień, które uczą pokory wobec wody i wiatru.



Galeria wspomnień


W prawo - brama wjazdowa do ośrodka.

Domek Wieśka.

Widok ośrodka w stronę Jeziora Rożnowskiego.

Przejście na przystań.

Przystań

Taką łupinką wtedy wiosłowałem.

Widok na wschodnią część cofki.

Zachodni kraniec cofki pod Przełęczą św. Justa.

Właściciel łódki z sonarem z opowieści.

Pomiędzy bramą a domkiem stał mój namiot. Nie było jeszcze żywopłotu.

Tu dopadł mnie nagły podmuch – biały szkwał przewrócił łódkę.

Zatoczka. Z prawej nabrzeże wędkarzy. W dali Dąbrowska Góra.

Na drugim brzegu Zbyszyce. Tam pływałem do kolegów.

Tęgoborze

Nurt Dunajca, ostrów i cofka, a za nią miejsce wydarzeń.

Na zbliżeniu.

Żółty punkt - nabrzeże wędkarzy, czerwony - wywrotka przy zatoczce, zielona ramka - przystań.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz