Strony

piątek, 29 sierpnia 2025

Ćwilin, Śnieżnica, 28/29.08.2025.

 

Ćwilin to dla mnie jak lektura obowiązkowa. Przynajmniej raz w roku przesypiam tam nockę. Bynajmniej nie jest to jedyna góra, na której lubię biwakować. Beskid Wyspowy to moje okolice, a szczyt na którym ta nazwa się zrodziła, ma dla mnie szczególne znaczenie.

To właśnie tutaj miała się narodzić nazwa „Beskid Wyspowy”. Profesor Kazimierz Sosnowski, prowadząc w latach 20. ubiegłego wieku wędrówki ze skautami, zachwycił się widokiem wyniosłych szczytów wystających ponad morze chmur. Wtedy też miał użyć porównania do samotnych wysp – i ta metafora zakorzeniła się na dobre, stając się nazwą całego pasma.

Nie bez znaczenia jest obecność źródła wody nieco poniżej szczytu, co przy biwakowaniu ma dla mnie dużą wagę. Tym większą, im mniejsza jest waga plecaka, kiedy nie muszę wnosić zapasu wody. A poza tym jest to wysoka góra - drugi co do wysokości szczyt Beskidu Wyspowego - i nie tak popularna jak najwyższa Mogielica. 

Wyruszyłem z Przełęczy Gruszowiec, gdzie szlak przecina drogę Limanowa - Mszana Dolna przy Barze Pod Cyckiem.
To częsty punkt startu na Ćwilin i sąsiednią Śnieżnicę.



Minąwszy jedyny dom na szlaku, rozpocząłem mozolne podchodzenie dość stromym szlakiem. I choć zdobywałem Ćwilin z każdej strony, to tę trasę znałem dobrze, pamiętając jej stałe elementy. A dzisiaj chciałem zdążyć na zachód słońca, więc narzuciłem tempo bez odpoczynków. No, może kilka fotek dało pretekst do wyrównania oddechu :-)







Po minięciu trzeciej i ostatniej stokówki, osiągnąłem łąkę pod polaną szczytową. Widać było już pomarańczową poświatę, sygnalizującą, iż zachód słońca powoli się rozpoczyna.



Polana Michurowa przywitała mnie ciepłymi barwami i ciepłym powiewem. Kilka osób już schodziło w doliny, a jeden namiot stał niedaleko ołtarza papieskiego. Ja zaś podszedłem na sam szczyt, stamtąd bowiem miałem najlepszy widok na rozległy horyzont, choć od zachodu był on przesłonięty wysokimi drzewami. Trochę to przeszkadzało w obserwowaniu zachodzącego słońca, jednak pasmo chmur rozciągniętych nad ziemią pochłonęło tarczę wcześniej, niż ta zeszła pod horyzont. Ale też dzięki rozsnutym obłokom, na niebie powstała plastyczna i barwna scenografia, która była i tym razem inna niż zazwyczaj. Tak więc nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło :-)







Jeśli niebo nie jest wieczorem zaciągnięte grubą warstwą chmur, to od schowania się słońca jest jeszcze pół godziny na tyle jasno, że można spokojnie rozbić namiot za widoku. Wiatr wiał od południa, a porywy były na tyle mocne, że zdecydowałem się ustawić swoje schronienie na osi wichru, by najmniej odczuwać jego porywy. Przy okazji krzywizna zbocza i wysokie ziołorośla osłabiały ataki halnego.
Gdy zszedłem nieco niżej by zrobić zdjęcie, wiatr był tak mocny, że nie tylko drzewa i namiot były rozmazane w poruszeniu, ale i ja sam nie mogłem stabilnie utrzymać aparatu.








* * *

Mimo szumiącego w koronach drzew halnego, ciepla noc minęła spokojnie. Jak zwykle obudziłem się przed dzwonkiem budzika i opuściłem przytulne pielesze. 



Na zewnątrz - jak to o brzasku - panowała jeszcze senna szarość. Strzeliłem południową panoramę, bo jeszcze był czas do wschodu. Rozglądałem się za dogodnym miejscem na obfotografowanie wschodzącej tarczy, aż musiałem zejść w dół polany, mijając kolejny namiot z jego spacerującym lokatorem. Zamieniliśmy zwyczajowo kilka słów, aż ujrzeliśmy najpierw podświetlone wyższe chmury, a po chwili pokazało się piękne pomarańczowe słońce. Złote promienie rozświetliły niebo i zabarwiły obłoki. Dzień już bez reszty objął panowanie na niebie i na ziemi, której barwy nasyciły się pełnią kolorów.






Wrzosy zachwycały soczystością barw, a w połączeniu z zielenią i pierwszymi żółciami nieśmiało i powoli nadchodzącej jesieni, poszerzały lokalną paletę barw.  A światło dnia docierało do głębszych zakątków i udzielało swego ciepła i tak już ciepłemu porankowi.




Jak można było (nie)zauważyć na wcześniejszej panoramie, Tatry ledwo majaczyły w oddali. Czekałem na lepszą ekspozycję, ale to monumentalne pasmo nie chciało się dzisiaj pokazać. Skierowałem obiektyw ku Beskidowi Sądeckiemu. Jego zachodnia część dała się łatwo zidentyfikować anteną przekaźnika na Przehybie i kopą Radziejowej z przyczajoną wieżą widokową. 



O tak wczesnej porze mój żołądek się jeszcze nie obudził. Na śniadanie było jeszcze zbyt wcześnie, ale na małe i słodkie co nieco... :-)
Zwinąłem majdan, sprawdziłem czy aby coś nie zostało, po czym zszedłem w dół polany mijając kępę wrzosów flankowaną brzozami i skupisko goryczki trojeściowatej, by trawersem dojść do źródełka i zlustrować zasoby wody. 






Wody było nieco mniej niż zwykle, ale nadal można jej było nabrać. Ilekroć tu jestem, przymierzam się, by zainstalować korytko lub rurkę, umożliwiającą nabranie wody bez mącenia osadu z dna. Sam się do tego nie zabiorę, a kolega, który wyraził zainteresowanie tą inicjatywą, też jakoś nie może się do tego zebrać...



Wracam ku górze. Babia z Policą niemal równo obramowują masyw Lubonia Wielkiego. Budzi to we mnie skojarzenia z tytułem Cień Wielkiej Góry, choć sam tytuł wcześniej nigdy mi się tak nie kojarzył. Ale taka jest chyba właśnie rola skojarzeń, że nie zawsze muszą mieć odbicie w logice czy rzeczywistości...
Od ołtarza papieskiego dochodzę na grzbiet i schodzę krótkim odcinkiem żółtego szlaku, z którego otwierają się widoki na kierunku zachodnim i północnym. Okoliczne drzewa wyrastają z każdym rokiem coraz wyżej. Pamiętam czasy, gdy niemal nic nie przesłaniało dalekich widoków. Pierwszą stokówką dochodzę do szlaku niebieskiego, którego znaki widać niedawno były odmalowywane.








Z granicy lasu spoglądam na Luboń Wielki, Szczebel i Lubogoszcz. Nieraz odwiedzałem i te szczyty, jak i Śnieżnicę, która właśnie pokazuje się nad przełęczą.





Na przełęczy przepakowuję się i na lekko wyruszam, by zdobyć gorącą Śnieżnicę. Pierwszy fragment podejścia wymaga nieco wysiłku, ale bez plecaka nieznośna lekkość bytu napędza niczym dopalacz. W takim stylu to można góry zdobywać... :-)



Przede mną Ośrodek Rekolekcyjny na Śnieżnicy. Akurat zbliża się południe, więc postanawiam zajrzeć do kaplicy na Anioł Pański. Przy organach mistrz klawiatury ćwiczy się w kościelnych pieśniach, a pięknie zestrojone organy wtórują mu do śpiewu. Jednak południe nastaje, a anioł na chór jakby nie przybył... Maestro nie spojrzał na zegary...?




Kilkaset metrów dalej trafiam na leśne boisko i wiatę. Kiedyś może przyjdzie czas na kimanie na Śnieżnicy, lecz to miejsce jest jeszcze za nisko i pozbawione widoków. Ale za to dużo płaskiego podłoża i osłona od wiatru.



Na cyplu przycupnęła górna stacja wyciągu krzesełkowego. Na dachu taras widokowy i knajpka. Ja zaś nie spoczywam na laurach i napieram ku szczytowi. Przy krzyżu kilka osób, a ja jeszcze schodzę na punkt widokowy, a zarazem startowisko paraglajdów. Szukam skrawka płaskiego miejsca pod namiot, ale na tej stromiźnie go nie znajduję. Jeśli więc przyjdzie nocować na tej górze, jedynie okolice krzyża oferują dogodne miejsce. Jednak wciąż bez widoków na zachód i wschód...







Zasiadam na chwilę na kłodzie przy reperze geodezyjnym robiącym za stolik. Wciągam wafelek i nawadniam się sokiem z wodą od Urbanka. Miał być atak na lekko, więc wszystko jest zminimalizowane :-) Niebawem przechodzę do fazy wycofania się na z góry upatrzone pozycje i schodzę ku przełęczy.






Kolejna akcja górska dobiega końca. Upał mnie dobija, a dwie noce spędzone pod namiotem i trzy  gorące dni skutkują wizją chłodnego prysznica i solidnego nawodnienia. 

Góry zostawiam za sobą, ale wciąż i niezmiennie w sercu. Ich zew skutecznie mnie przyciąga, więc niedługo kolejny plan poprowadzi mnie ku górom...

.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz