Trzydziesty trzeci raz, to niemal jedna trzecia setki. Dzisiejsza noc na wieży będzie zatem niepełnym ułamkiem większej całości, do której jednakowoż nie dążę i pewnie nie zdążę... Ot, cyferki...
Droga nie była długa, ale czułem, że zdążę na czas. Na wieżę doszedłem w samą porę, mijając trójkę rowerzystów z pełnym wyposażeniem. Słońce było już nisko, zatem z marszu przystąpiłem do fotograficznego opisania zachodniego nieboskłonu.
W powietrzu wisiało sporo wilgoci, przez co niebo nie było czyste i przejrzyste, a sprawiało wrażenie przydymionego. Tym samym ujęcia zachodzącego słońca pozbawione są tak lubianego przeze mnie kontrastu, ale na szerokich kadrach ta lekka mdłość nie wygląda już tak dojmująco.
Zanim słońce zaszło, na górę weszła trójka rowerzystów, jak się okazało, przybyłych z Niemiec i poznających piękno Małopolski na dwóch kółkach. Wywiązała się miła rozmowa i zasugerowałem im nocowanie na wieży, co początkowo nie wydawało im się zachęcające, jednak komary dokuczające na dole, skutecznie przekonały ich do noclegu w przeciągu :-) Tym samym rozłożyli się w narożniku na zawietrznej.
Ja zaś, by im nie przeszkadzać w odpoczynku po trudach dnia, wykonałem kilka ujęć nocnych i zaszyłem się w swym zielonym pałacyku.
* * *
Dzisiaj natura nie zaplanowała mgieł. Mimo że Tartaczny Generator Mgieł i Obłoków pracował co prawda na pół gwizdka, mgiełki unosiły się ku górze, widocznie ciśnienie atmosferyczne tak czyniło.
Gdy nadszedł czas, utkwiłem wzrok w okolicach Tarnowa, gdzie spodziewałem się zobaczyć tarczę słoneczną wychylającą się nad horyzont. Poranne zorze niezbicie o tym świadczyły, co niebawem się ziściło.
Jednak obecność niewidzialnej, acz nagromadzonej pary wodnej w powietrzu, podobnie jak wczorajszego wieczora, tak i dzisiaj, tworzyła niewidoczną przesłonę, obniżającą kontrast wschodniej sceny.
Przybysze wstępnie się przebudzili, lecz spektakl wschodzącego słońca ich nie zainteresował. Widocznie wczorajszy dzień uszczuplił ich siły, które odbudowali nie tylko nocą, ale i porankiem. Ja jeszcze strzeliłem kilka porannych fotek, po czym przystąpiłem do zwijania swojego majdanu.
Początkowo długie cienie skracały się wraz z podnoszącym się słońcem. Nocleg na wieży widać wszystkim nam przypadł do gustu, bowiem bikerzy nie spieszyli się z opuszczeniem górnego pomostu, ale też była jeszcze całkiem wczesna pora... Ja też nie miałem napiętego planu, a jak już wiecie, następnym punktem programu było śniadanie u Urbanka :-)
Pożegnałem się z gośćmi życząc udanej podróży i zniknąłem w zielonej kniei.
Plan zaiste napiętym nie był, ale nieco wysilony. Tym razem zabrałem do domu większy zapas doskonalej wody. Bowiem to, co wypływa przez kran z naszego osiedlowego wodociągu, swym zapachem odstręcza nie tylko od picia, ale nawet mycie w aurze nieciekawych zapachów do przyjemności nie należy. Ale teraz będę mieć zapas krystalicznej wody na pewien czas, co jest jednym z celów wędrówek do Urbanka. Ale radość z wędrowania potrafię znajdywać co krok, więc moje korzyści wcale nie muszą mieć czynnika materialnego :-)
Śniadanie może nie było dobrze zbilansowane ani odpowiednio obfite, ale okoliczności zawsze dodają mi tutaj sporą dawkę energii, której na kalorie nijak przeliczyć nie potrafię.
Nie myślcie jednak, że te cztery butle dźwigałem do samej Lipnicy... Na pobliskim - nieco oddalonym parkingu - czekał wyjątkowo mój hikerowóz :-)
Wyjątkowo!
Tyle z ostatniej opisywanej nocy na wieży. Następne zapiski nadejdą wtedy, gdy znów zapragnę spędzić tam czas.
.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz