-
----- Listopad 2010 -----
Komisja naciskowa ustaliła, że trzeba
powołać nowy wątek o wypadzie w Bieszczady pod koniec długiego weekendu w
listopadzie, zatem słowo stało się tekstem i się napisało między nami.
Pojechaliśmy 13-go.
Sobota
Sobota
Bez uprzedzeń. Do końca nie wiedzieliśmy
co zaatakujemy, bo prognozy były niejasne. W drodze podjęliśmy męską
decyzję: zatrzymujemy się w Wetlinie, szukamy spania i później ruszamy
jakimś busem do Berehów, a stamtąd podchodzimy na Wetlińską i napieramy
jak daleko się da, do zejścia ze Smereka włącznie. Nasza czwórka -
trzech menów i jedna nie-menka dotarła do Wetliny ok. 10.20. Tam
Zatrzymaliśmy się pod kościołem, gdzie okazało się, że w Domu
Franciszkańskim można się przekimać.
Zadzwoniliśmy po Ryś-Bus-a, który po chwili odstawił nas do wspomnianych Berehów.
Pogoda była jak dla mnie w sam raz, dla reszty lekko półśrednia.
Po pierwszych 150 m podejścia, zaczęło się robić mglisto i błotnisto, a im wyżej - tym bardziej.
Jako, że był to długi weekend, na szlaku
panował ożywiony ruch, co sprzyjało konserwowaniu błotnistej
nawierzchni, nawilżanej na bieżąco tumanami wilgotnej mgły.
Ja napierałem nadzwyczaj ochoczo, mając
wcześniej co drugi dzień rozgrzewki po 15 km, niestety reszta
towarzystwa w stylu miejskim, nie dbała o zachowanie żywego tempa. Dla
mnie to powolne tempo było wykorzystywane do robienia zdjęć,
przynajmniej nikt mi nie odchodził, a i tak jeszcze musiałem czekać na
maruderów. Mgła jakoś nieszczególnie dawała pole do popisu, ale łapałem
choć te smaczki, które się dało.
Schronisko było oblegane niesamowicie, ja po zainstalowaniu padającej trójki zostawiłem pod ich opieką kijki i biegałem wokół schroniska, licząc na ciekawe ujęcia.
Jednak przy tym nasyceniu wilgocią i
mocnym wietrze, mój aparat ociekał kroplami wody, a o przetarciu
przedniej soczewki, można było tylko pomarzyć. W trosce o mojego Nikona,
wpakowałem się jednak do Chatki, ale tłok wewnątrz mnie zniechęcał.
Opatrzyłem aparat, wyciągnąłem na niego torbę i można było napierać
dalej.
Wiatr z mgłą nie ustawały, musiałem bufa
z szyi przesunąć na uszy, bo powoli zaczynało mi wydmuchiwać mózg.
Porzuciliśmy praktycznie nadzieje na przetarcie się i na jakiekolwiek
widoki z góry, a obfitość błota na szlaku jeszcze bardziej dobijała
towarzystwo.
Chyba tylko ja jeden, nie dość że nie
narzekałem, to jeszcze wołałem przez wiatr, że jest zajebiście, bo
faktycznie czułem się jak przy alpejskim ataku szczytowym, w warunkach
załamania pogody.
...i przeprawianiu się przez błota godne Shreka,
...zeszliśmy poniżej lasów na wysokość
Manhattanu Górnego. A wtedy - jak na ironię - połonina się odsłoniła w
pięknym świetle popołudniowego słońca.
Gdybyśmy jednak poszli na Smerek, pewnie mielibyśmy okazję zobaczyć panoramę z grzbietu... W naszym domu parafialnym, kuchnia i jadalnia miały gabaryt mega, więc szybko się nasyciliśmy i poczęliśmy snuć plany na niedzielę.
Ustaliliśmy, że po sobotniej "wyrypie" idziemy bez większych podejść, więc zaproponowałem Worek Bieszczadzki i dojazd do parkingu w Bukowcu, a później przemarsz przez Beniową do ostatniej ludzkiej osady pana Tadka Kwolka, koło nieistniejącego już schronu nad Negrylowem. Chciałem przyjrzeć się dokładniej chatce, stanicy konnej opodal lipy w Beniowej, gdzie miałem nocować na niedoszłym rajdzie konnym.
W niedzielę, pogoda wyraźnie nam
sprzyjała. Słońca nie brakowało, było ciepło, po drodze połoniny
prezentowały się w pełnej krasie, wiatru niemal nie było.
Przez Ustrzyki Górne, Stuposiany, Muczne i Tarnawę Niżną, dotarliśmy do Bukowca.
Tu oceniłem przydatność wiaty na mocno awaryjną i z buta ruszyliśmy do Beniowej.
Towarzystwo szło raźnie, gdy powiedziałem, że najwyższe podejście ma mniej niż kilkadziesiąt metrów.
W Beniowej dokładnie eksplorowałem
chatkę, która w sam raz nadaje się jako zastępstwo schronu, jedynie dach
nad paleniskiem zrobił się mocno ażurowy.
Lipa w Beniowej jest dla mnie magicznym drzewem i potraktowałem ją z należnym jej sentymentem.
Nieco dalej znajduje się cmentarz z resztkami ruin cerkwi – jedna z głównych atrakcji okolicy. W czerwcu gdy tam byłem, nagrobki i chrzcielnica z rybą, były właśnie konserwowane i teraz wyglądały okazale.
Do nieobecnego w tym dniu pana Kwolka, wybraliśmy się znowu przez błotnisty szlak.
Tym razem było niemal pusto, po drodze spotkaliśmy bodaj ze trzy grupy. Chciałem towarzystwo wyciągnąć do Sianek, ale wizja powrotu przy świetle czołówek, jakoś nie wzbudziła entuzjazmu... Drogą gospodarczą wróciliśmy do Bukowca.
Zahaczyliśmy jeszcze o moje niemal
kultowe Sokoliki Górskie. Tym razem obfotografowałem samotnie stojącą na
środku rozległej łąki – brzozę.
Zbierało się na zmierzch, więc szukałem nastroju.
Ale że towarzystwo chciało zdążyć przed północą do Krakowa, zaczęliśmy powrotowi nadawać tempa, zostawiając za sobą nostalgiczne krajobrazy.
Worek bieszczadzki jest dla mnie bardzo
specyficzny i magiczny. Tu odkrywam swoje atawistyczne alter ego. Gdy
przyjeżdżam sam, nierzadko motocyklem, pozbywam się wszelkich
przyzwyczajeń i poczucia czasu. To jest właśnie moja podróż w czasie i
spoglądanie z głodem w oku na bezkresną pustkę i takież przestrzenie. To
także świadomość ludnej przeszłości tych terenów, dzisiaj opuszczonych i
nierzadko zapomnianych. Witam się tam z cząstką mojej duszy, którą za
każdym razem tam pozostawiam, by kolejnym razem pozostawić jej kolejną
część.
A jak to widzę swoim obiektywem, zobaczycie poniżej:
-
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz