-
18 dzień na GSB – Lubatowa/Iwonicz – Pod Tokarnią - 31 km.
18 dzień na GSB – Lubatowa/Iwonicz – Pod Tokarnią - 31 km.
GSB II etap - Dzień dziesiąty - 26 czerwca 2013.
Trasa: Lubatowa (397) – Iwonicz Zdrój (384) – Rymanów Zdrój (367) –
Baza Namiotowa Wisłoczek (465) – Puławy Dolne (397) – Puławy Górne (481) – Pod
Skibcami (744) – Pod Tokarnią (703).
Pobudka przed siódmą, to jak dla nas, niemal środek nocy ;-)
Zbieramy się szybko i sprawnie, gospodarze też już się krzątają przed wyjazdem.
O siódmej zakładamy odzież przeciwdeszczową, bo od nocy mży i ruszamy asfaltem, żegnając się z przyjaznymi ludźmi.
O siódmej zakładamy odzież przeciwdeszczową, bo od nocy mży i ruszamy asfaltem, żegnając się z przyjaznymi ludźmi.
Po kwadransie osiągamy pierwsze zabudowania Iwonicza, ja przy
okazji oceniam obiekt pod kątem kimania w razie deszczu.
Mokry Iwonicz z rana jest jeszcze pusty i senny, ale sklepy
już otwarte, a Leśna Dusza na poczcie odbiera swoje zaopatrzenie. Ja wymykam się
do sklepu przy którym szlak odbija w stronę lasu i funduję sobie śniadanie, na
które nie było czasu wcześniej. Koleżanka tymczasem kombinuje, jakby tu
oszczędzić sobie marszu i załapać się na okazję do Puław Górnych. Jednak tubylcy
nie wróża powodzenia tak śmiałym planom i po chwili razem podchodzimy na
wzniesienie za Iwoniczem. Wchodzimy w las i od razu ślizgamy się na błotnistej
drodze leśnej, chwilę wcześniej chroniąc się przed deszczem pod starawą wiatą.
Błotnista dolina potoku i kolejne błotne podejście przez mokry i momentami gęsty
las, przypominają nam, że wędrowanie ma też inne formy uroku ;-)
Odcinek pomiędzy Iwoniczem i Rymanowem Zdrój na szczęście nie
jest zbyt długi i jeszcze w miarę suchą stopą wchodzimy do miasta. Tu sporo
porannych dreptaczy, a ja z przyzwyczajenia rozglądam się za daszkami, wiatami
i muszlami koncertowymi pod kątem schronienia na deszcz czy na noc. Po chwili
jednak przyciąga mnie cukiernia, w której sympatyczne dziewczę zaspokaja mój
apatyt na lody. Te o smaku toffi biorę jeszcze raz. Dostaję też na prośbę, kilka
saszetek cukru, więc herbata w terenie będzie słodka
Za Rymanowem najpierw dochodzimy do cerkwiska i kręgu rzeźb
nawiązujących do lokalnej historii. Dalej ciągnie się na wzgórze łąka z wysoką i
mokrą trawą, więc spodnie i buty szybko nabierają wilgoci.
Z utęsknieniem czekam
na las, licząc na nieco stabilniejszy grunt. Gdzież tam! W lesie błoto, że aż
kipi! Byli tu drwale i przerobili drogę na błotny jogurt. A niech to szlag! Za
znakami też trzeba wypatrywać oczy, bo jedno malowane drzewo leży, a pewnie inne
znaki też się drwalom zawinęły… Zaczynam już delikatnie kląć, bo w butach mokro,
a ani pogoda ani opcje noclegu nie wróżą poprawy.
Słychać już rwącą rzekę. Nad nią rozpostarła swe włości
Studencka Baza Namiotowa Wisłoczek. Dopiero minęło południe, bo przecież
wędrujemy wyjątkowo od rana, to i na spoczynek zdecydowanie za wcześnie. Jest tu
co prawda zamykany domek, woda, kibelek, a w pobliżu piękny wodospad,
my jednak po odetchnięciu pójdziemy dalej. Kilka fotek, mała przegryzka i przekraczamy most nad wzburzoną wodą.
my jednak po odetchnięciu pójdziemy dalej. Kilka fotek, mała przegryzka i przekraczamy most nad wzburzoną wodą.
Za nim asfalt i nudne dreptanie przez okolicę pogrążoną w
letargu. Sklepu na trasie nie ma, więc nie ma jak piwem poprawić nastroju… Drogą
prawie nic nie jedzie, więc myśl o okazji z Iwonicza, teraz wydaje się
nierealna. Powoli dochodzimy do końca Puław Górnych, gdzie szlak skręca pod górę
w kierunku lasu. Rozglądamy się za możliwością nabrania wody, ale senna wieś
wygląda jak wyludniona. Wreszcie podchodzimy do okazałego budynku przy
mleczarni, który okazuje się być agroturystyką z tablicy na początku wsi.
Dostajemy wodę i możemy odpocząć. Wciągam zatem batonika, popijam i jako tako
reperuję morale. Jest czwarta, a kobieta z Agro mówi, że tędy przechodzą turyści
z rana w stronę Komańczy, albo wieczorem stamtąd przychodzą. My zaś
poinformowaliśmy, że będziemy biwakować gdzieś po drodze. Kobieta podumała,
pokiwała w zamyśleniu głową, ale nic nie rzekła i zniknęła
w mrokach domostwa.
w mrokach domostwa.
Przy szlakowskazie Leśna Dusza stwierdziła, że idzie jeszcze
godzinę – do lasu i tam wiesza hamak, bo limit kilometrów na dzisiaj już ma
wyczerpany.
Ja zaś optowałem, by iść nieco dalej, skoro pora wczesna, a droga do Komańczy i tak daleka, więc ile dzisiaj przejdziemy, tyle jutro będzie mniej.
Jeszcze przed niedalekim borem trzeba było wyciągnąć poncho, bo kondensacja wilgoci przybrała całkiem realne formy. Idąc w deszczu, liczyłem na wiatę lub ambonę, by nie rozbijać namiotu w niepogodzie, co niewątpliwie nie poprawiłoby mi humoru.
Ja zaś optowałem, by iść nieco dalej, skoro pora wczesna, a droga do Komańczy i tak daleka, więc ile dzisiaj przejdziemy, tyle jutro będzie mniej.
Jeszcze przed niedalekim borem trzeba było wyciągnąć poncho, bo kondensacja wilgoci przybrała całkiem realne formy. Idąc w deszczu, liczyłem na wiatę lub ambonę, by nie rozbijać namiotu w niepogodzie, co niewątpliwie nie poprawiłoby mi humoru.
W lesie napotkaliśmy oznaczenia rezerwatu, więc opcja
wieszania hamaka na pewien czas została odłożona. Padło że wędrujemy jeszcze
godzinę
i szukamy miejsca na biwak. Nie minęła godzina, jak spotkaliśmy parę idącą od Komańczy do Puław, gdzie mieli zarezerwowany nocleg w Agro.
Humory mieli też nienajlepsze, dziewczyna stwierdziła, że ma tak mokro w butach, że woda jej się wlewa jedną stroną, a wylewa drugą i jest jej już wszystko jedno, byle dojść do Puław. Ja zaś skwapliwie dopytałem się o wiatę lub ambonę i mężczyzna zerknął na GPS-a i oznajmił, że za ponad 6 km dojdziemy do wiaty. No to pożegnaliśmy się i poszliśmy w swoje strony. Leśna Dusza przekonała się co do dystansu i po niemal 7 km marszu, stanęliśmy na wzgórzu przed dość mizerną konstrukcją. Zachwytów trudno by się dopatrzyć na naszych twarzach, no ale dystans do Komańczy nieźle skróciliśmy, mamy dach nad głową – co prawda przeciekający i względny porządek wokoło. Zainstalowaliśmy swoją infrastrukturę sypialną, przyrządziliśmy kolację – co poniektórzy korzystając z deszczówki i przyśpiewując sobie abstrakcyjną w tak pięknych okolicznościach przyrody frazę: „czerwony – autobus – przez ulicę mego miasta mknie…”, zjedliśmy co było do zjedzenia i wypiliśmy co było do wypicia.
i szukamy miejsca na biwak. Nie minęła godzina, jak spotkaliśmy parę idącą od Komańczy do Puław, gdzie mieli zarezerwowany nocleg w Agro.
Humory mieli też nienajlepsze, dziewczyna stwierdziła, że ma tak mokro w butach, że woda jej się wlewa jedną stroną, a wylewa drugą i jest jej już wszystko jedno, byle dojść do Puław. Ja zaś skwapliwie dopytałem się o wiatę lub ambonę i mężczyzna zerknął na GPS-a i oznajmił, że za ponad 6 km dojdziemy do wiaty. No to pożegnaliśmy się i poszliśmy w swoje strony. Leśna Dusza przekonała się co do dystansu i po niemal 7 km marszu, stanęliśmy na wzgórzu przed dość mizerną konstrukcją. Zachwytów trudno by się dopatrzyć na naszych twarzach, no ale dystans do Komańczy nieźle skróciliśmy, mamy dach nad głową – co prawda przeciekający i względny porządek wokoło. Zainstalowaliśmy swoją infrastrukturę sypialną, przyrządziliśmy kolację – co poniektórzy korzystając z deszczówki i przyśpiewując sobie abstrakcyjną w tak pięknych okolicznościach przyrody frazę: „czerwony – autobus – przez ulicę mego miasta mknie…”, zjedliśmy co było do zjedzenia i wypiliśmy co było do wypicia.
Wokół – jakby wilgoci za dnia było mało – zaczęła opadać
mgła, co już dopełniło pucharu goryczy. Wygrzebałem ostatnie suche elementy
odzieży z worka wodoodpornego, założyłem i wskoczyłem do śpiwora, ciesząc się tą
ostoją komfortu.
W samym środku odludzia, gdzie nie ma tak głupiego diabła
żeby mu się chciało przyjść i powiedzieć „dobranoc”, gdzie ma już ani psa ani
wilka któren by chciał dupą szczekać czy wyć, w miejscu do którego wrony nie
dolatują, bo i po co nie mają i znacznie wcześniej zakręcają, - w hamaku i pod
namiotem zasnęło dwoje wytrawnych wędrowców. I był to sen człowieka
sprawiedliwego i o dziwo – spało mi się tu najsmaczniej!
-
Yatzku Tokarnię - a w zasadzie odcinek od Wilczych Bud do skrzyżowania GSB ze szlakiem żółtym - zapamiętam na całe życie. Idąc tam 1 lipca 2014 od Wisłoczka do Komańczy drogę zastąpił mi właśnie wilk! Nie wył, nie szczekał, ale podejrzanie warczał. Nie ruszał się z miejsca dobre kilka minut. Już myślałem,że czeka na "kolegów". W końcu kilka energicznych ruchów kijkami trekingowymi przekonało go do zejścia. Pogoda była wtedy jak pod przysłowiowym psem ( od rana padał przelotny deszcz ) niebo całe zaciągnięte chmurami, wilgoć i błoto, to jeszcze wilk się napatoczył;-) A co najgorsze aparat bezpiecznie schowany w plecaku ( przed deszczem ), a nie jak zawsze ( gdy pogodnie ) przy pasku:-(. Gdybym to wtedy "uwiecznił" na matrycy .... Może będzie jeszcze kiedyś okazja. Do Komańczy schodziłem już z pogodą ( już za Kamieniem niebo zaczęło się przecierać ). Będzie co wspominać:-)
OdpowiedzUsuńOdpowiedziałem na ten wpis korzystając z tabletu, no i odpowiedź poleciała gdzieś w niebyt... :(
UsuńTeraz przeglądam i porządkuję bloga, no i proszę - taka skucha... Przepraszam!
A o wilkach i niedźwiedziach w Beskidzie Niskim i w Bieszczadach nasłuchałem się od ludzi którym daję wiarę, więc i w tę opowieść mogę uwierzyć, bo podobna miała miejsce na kilkanaście dni przed ukończeniem mojego przejścia GSB.
Była bardzo podobna i miała miejsce 3 km za Wołosatem, a sporo przed Przełęczą Bukowską.
Na szczęście nie doszły mnie żadne dramatyczne przeżycia w spotkaniach z dziką zwierzyną, więc poza prawdziwymi emocjami i niezatartymi wspomnieniami, zawsze kończyło się to szczęśliwie dla obydwu stron.
Bezpiecznych wędrówek,
pozdrawiam!
Dzięki za odpowiedź:-) Następnego dnia - 2 lipca - idąc od Komańczy do Cisnej opowiedziałem te wydarzenie leśniczemu w Prełukach. Wg. niego przyczyny takiego zachowania wilka mogły być trzy: 1) Wilk został odtrącony od reszty watahy, być może po przegranej walce o przywództwo 2) mógł być również nie akceptowany i stale odpędzany-atakowany przez watahę 3) żył samotnie lub też był chory.
UsuńJakimkolwiek wilkiem by on nie był, leśniczy przyznał, że nigdy sam takiej sytuacji nie miał. Zawsze wilk ustępował z drogi człowiekowi.
Na całe szczęście resztę GSB w Bieszczadach przeszedłem bez podobnych przygód:-) O sytuacji między Przełęczą Bukowską a Wołosatem też słyszałem, ale tam chyba na stałe rezyduje kilka wilków. Odradzano wtedy tam wędrówek w nocy oraz wczesnym rankiem.
W tym roku na Głównym Szlaku Sudeckim spotkałem tylko pospolite zwierzątka chociaż "ostrzegano" mnie przed potomkami Werwolfu:-) I faktycznie kupa Niemców w różnej skali wiekowej maszerowała dziarsko przez Karkonosze, a kolejnych spotkałem dopiero w schronisku pod Śnieżnikiem!
Gdyby nie te asfaltowe odcinki byłby to całkiem sympatyczny szlak, a tak to nawet nie ma co się równać z GSB !
Nasze Beskidy mają jednak to coś...
Z turystyczny pozdrowieniem i do zobaczenia na szlaku!!!
BrowarFan ( Góral niskopienny )
Leśniczy w Prełukach miał rację w dużej mierze, gdyż opisane przez niego wilki właśnie w takich sytuacjach mogą zaatakować człowieka. Jednak samo warczenie bez agresji może też świadczyć o dwóch innych możliwościach - w pobliżu są młode, albo, w pobliżu mają zdobycz. Ale tak na pewno to się tego nie dowiemy. Aczkolwiek, gdy szedłem końcówką GSB od Przełęczy Bukowskiej i kawałek przed Wołosatem mijałem opisane miejsce, czułem wyraźną woń padliny. Może to było to, może co innego, a woń nie miała związku. Dość, że wilki zwykle schodzą człowiekowi z drogi, podobnie zresztą jak i niedźwiedzie i cała reszta naprawdę dzikiej zwierzyny. Bo w Tatrach są misie które zatraciły instynkt, a wiem to od strażnika parkowego który przepłaszał niedźwiedzicę Magdę z drogi do Morskiego Oka.
UsuńNa GSS pierwszej nocy pod pole namiotowe kolo schroniska przyszedł stały tam bywalec - jeleń, ale po kilku minutach zawinął się z powrotem. Po drodze Niemców było niewielu, ale to był czerwiec, więc jeszcze przed sezonem.
Masz rację, - GSB ma w sobie to "coś". Gdy zaczynałem szlak niebieski od Wielkiego Rogacza, trzy razy miałem kontakt z moim ulubionym szlakiem - przejeżdżając autobusem przez Rytro, na rozejściu szlaków na Wielkim Rogaczu gdzie jest początek szlaku niebieskiego i na Lubaniu, gdzie spałem w bazie namiotowej.
Na razie biedzę się nad opisem Szlaku Nadbużańskiego (dwa tygodnie wędrowania), później przyjdzie czas na szlak niebieski.
Ale na GSB pewnie się raz jeszcze wybiorę :)
Do spotkania na szlaku,
pozdrawiam,
Yatzek
Jacku, jest szansa, że pamiętasz namiary/informacje pomagające zidentyfikować agroturystykę w Puławach?
OdpowiedzUsuńAleż oczywiście... Proszę bardzo, - spałem tam dwa tygodnie temu, pod namiotem, w trakcie drugiego przejścia GSB:
UsuńAgroturystyka "Pod Polaną"
Beata i Daniel Bruk
Puławy 20, 38-480 Rymanów
tel. 13 43 59 170
kom. 604 526 478 - nie wiem czy aktualny.
To ten dom z numerem "20" na zdjęciu w tekście.
Pozdrawiam.