21
dzień na GSB – Bacówka Pod Honem w Cisnej – Brzegi Górne - 33 km.
GSB II etap - Dzień trzynasty - 9 lipca 2013.
Trasa: Bacówka PTTK Pod Honem w Cisnej (657) – Rożki (943) – Małe
Jasło (1063) – Jasło (1153) – Okrąglik (1089) – Fereczata (1102) – Wieś Smerek
(599) – Smerek (1223) – Przełęcz Orłowicza (1086) – Chatka Puchatka (1214) –
Brzegi Górne (740).
W Bacówce Pod Honem smacznie się spało, ale poranny ruch
skutecznie mnie dobudził. Wczoraj spotkane towarzystwo, jakkolwiek jeszcze w
trasie deklarujące dalekie wędrówki, dzisiaj dochodziło do siebie po forsownym
marszu z nadmiernym obciążeniem. Przy moim plecaku nie przekraczającym
całkowitej wagi 9 kg, tamte toboły budziły przerażenie w moich oczach. Cóż, -
dawno temu też pakowałem co popadnie, ale po podobnych doświadczeniach poszedłem
do głowy po rozum, a z czasem do mądrych forów, dzięki czemu teraz wędruję z
radością i lekkością.
Żegnając miłe dziewczyny, o 9:30 już wyruszyłem na szlak.
W Cisnej przy szlaku jest Siekierezada, ale to nie dla mnie
ten nadmiar komercji. Fotka w locie i dalej.
Za torami szlak wchodzi w las i prowadzi chwilę wzdłuż rzeki.
Później wspina się pod górę, ale oznakowanie pozostawia wiele do życzenia. Znak
skrętu przeoczyłem ja, przeoczyła też trójka – dwójka dorosłych i dzieciak –
idący za mną. Rozglądając się za oznaczeniami, dostrzegłem do starym drzewie
stary znak, ale dalej – nic! Pewnie kiedyś zmieniono tu przebieg szlaku i
niektóre stare znaki pozostawiono, nowych nie malując zbyt wyraźnie. No i zonk…
Znowu łapiemy się za mapę. Dochodząc do drogi leśnej nadkładamy z pół kilometra,
pomijamy tym samym pomnik ofiar śmigłowca, ale wreszcie dochodzimy do szlaku.
Tu
zaczynają się schody… Ścieżka biegnie pod górę na krechę. Żadnej taryfy ulgowej,
tylko mozolne podchodzenie stromizną. Znaki już są tam gdzie trzeba, więc po
morderczym podejściu w narastającym upale, mijam grupkę studentów na Rożkach.
Powoli z czasem otwierają się widoki, jeszcze skąpe,
poprzesłaniane drzewami, ale już widać, że wysokość rośnie. Przed Małym Jasłem
już widoki przepiękne, a na trasie pełno obficie obsypanych borowin. Jeszcze się
nie objadam, chcę wejść bez przystanków na Jasło. Zatem jeszcze trochę podejścia
– to przez łąki, to między drzewami, aż dochodzę na obszerną kopę – jestem na
Jaśle.
Na szczycie brak drzew, więc nie bardzo wiem gdzie iść.
Ścieżka wiedzie i w lewo i na wprost. Ale właśnie na wprost widzę kilku
piechurów. Ruszam w ich stronę i potwierdzają – jesteśmy na szlaku. Z Jasła już
tylko rzut beretem przez las, za którym otwiera się przezior na południe. Tu
trzeba uważać na znaki, gdyż spotykają się dwa czerwone szlaki – polski Główny
Szlak Beskidzki i słowacki – na Rabią Skałę (Riaba Skała) i dalej na Kremenaros
lub w głąb Słowacji.
Ja oczywiście trzymam się naszych oznaczeń i mijając słupek
graniczny, schodzę ku Fereczatej. Nie mogę się jednak oprzeć borówkom i co rusz
zbieram półgarść, by znowu po kilkuset metrach przystanąć na następny zbiór.
Za Fereczatą już coraz lepiej widać połoniny – Wetlińska i
Caryńska prezentują się okazale, - pierwszą z nich mam zamiar przejść jeszcze
dzisiaj.
Jest wpół do trzeciej, więc plan jak najbardziej realny.
Dochodzę do pierwszych zabudowań, - to głównie domki letniskowe, większość do
wynajęcia, o czym informują co rusz tablice. Zostawiam nieświadom szlak jego
biegowi, sam zaś schodzę wygodną drogą w dół. Ale to w zasadzie bez znaczenia, -
ani się nie pogubię, ani drogi za wiele nie nadłożę.
W Smereku wstępuję do sklepu na dwie solidne bułki z wkładką,
zapijam piwem, drugie pakując na połoninę. Przy stoliku siedzi kilku lokalnych,
zmęczonych życiem, ale szczęśliwych na swój sposób. Żyją powoli, spokojnie, a
Szlak mija ich jakby o lata świetlne. Zamieniłem z nimi kilka słów, - ja,
bieszczadnik z doskoku… Rozstaliśmy się, by zapełniać swoje światy.
Od Smereka do Kalnicy drę zelówy po asfalcie. Mógłbym przejść
brodem na skróty, ale nigdzie mi się nie spieszy, idę do mostu. Za rzeką Wetlina
zaczyna się mozolne podejście na Smerek.
Po niecałej godzinie napotykam źródło bijące tuż przy
ścieżce, więc uzupełniam płyny i obmywam się z potu, którego żar rozgrzewający
cały las, nieco ze mnie wydobył. Na głowę trafia namoczona chusta w czachy –
jeden z najprzydatniejszych elementów z mojej listy.
Co prawda po wyjściu z lasu szybko wyschnie w słońcu, ale
ochroni kark przed spaleniem. Las się kończy, ale podejście wije się ścieżką w
górę. Żeby chociaż jakaś mała chmurka, ale gdzie tam…
Na Smereku taka lampa, że wydaje się iż za chwilę stopi
stojący tam krzyż.
Odpoczywająca kobieta strzela mi fotę i po ponad kwadransie
jestem już na Przełęczy Orłowicza.
Widoki piękne, ja jednak napieram dalej, czeka w kolejce
podejście na Osadzki Wierch, mijając po drodze Hnatowe Berdo. Za mną lampa nie
słabnie, mimo, że już po siódmej.
Na Osadzkim czas w sam raz na mały popas – piwo może się za
bardzo rozgrzać, a dźwigałem go z takim poświęceniem pod górę… Odsłuchuję
piosenkę „Zabieszczaduj dzisiaj z nami…” w wykonaniu SDM, popijam jeszcze
chłodne piwo, strzelam foty. Za pół godziny z hakiem będę w Chatce Puchatka,
może nad ranem trafi się niezapomniany wschód słońca…
Chatka zaś złoci się w promieniach słońca w zasięgu rzutu
beretem. Idę. Trawy rudzieją, dookoła złocą się połoniny. Spoglądam za siebie –
nad Hnatowym Berdem zółtopomarańczowa kula schodzi coraz niżej, ale zanim się
schowa, dochodzę do Chatki.
W środku znajomo, ale pusto, po wieczornym sprzątaniu nie ma
nikogo, jeśli nie liczyć pięknego kota siedzącego w okienku.
Zagaduję do dziewczyny z obsługi i okazuje się, że mam
podwójny problem, - nie ma taniej gleby (a jest na stronie), jest za to droższe
łóżko. Nie wiem, czy bym to przebolał z perspektywą pięknego wschodu słońca, bo
drugi problem wygląda jeszcze poważniej, - nie mam dokumentów (czegoś musiałem
zapomnieć) i jest problem z zameldowaniem, pomimo, że obowiązek meldunkowy
wczasowiczów i turystów został zniesiony od 1 stycznia 2013 roku. Nie chciałem
już roztrząsać tego problemu (pod Honem nie było sprawy), bo cena za spanie mi
nie leżała, więc jeszcze wymieniłem uśmiechy z wchodzącym właśnie Lutkiem, po
czym podziękowałem i podjąłem decyzję o zejściu do Brzegów Górnych.
Słońce właśnie zrównało się z Osadzkim Wierchem z prawej
strony, złocił się piękny, bezchmurny zachód słońca. Jeszcze kilka razy
odwracałem się, by uwiecznić to widowisko, sto metrów dalej już sceneria
schowała się za grzbiet połoniny.
Przede mną Połonina Caryńska jeszcze pyszniła się pod różami
nieba, ale ja już narzuciłem szybsze tempo, by jeszcze za widoku zejść w dolinę.
Po 35 minutach byłem już na parkingu w Berehach, a po
kolejnych kilku minutach znalazłem się przy jedynym sklepie i domu w okolicy.
Mieszka tu gospodyni, która udziela miejsca pod namiot za symboliczną wręcz
opłatą. Jest bieżąca zimna woda i kibelek za oborą. Jest też mały drewniany
domek, dla bardziej wymagających. Tuż obok płynie potok o trzech nazwach, więc
mimo spartańskich warunków, była to dla mnie opcja jak najbardziej do przyjęcia.
Obok rozbił się obozem zastęp harcerzy, ale jak na druhów przystało, zachowywali się przykładnie cicho i wcześnie ogłosili ciszę nocną.
Po ciszy nocnej zakończyli śpiewogranie i ułożyli się do snu.
Ja jeszcze na przemian stawiałem namiot i przygotowywałem kolację, a wieczorna
mgła dość wcześnie położyła się rosą. Z braku atrakcji i zasięgu jakiejkolwiek
sieci GSM, po wieczerzy i kilku fotach rozgwieżdżonego nieba, zaległem w moim
przenośnym hoteliku
Mimo niezłego dystansu pokonanego tego dnia, sen jakoś nie chciał
przyjść, no i zastanawiałem się, jak Quilt spisze się w chłodny poranek, ale
koniec końców ułożyłem się w miarę wygodnie na mojej cieniuteńkiej karimacie i
nie wiedząc kiedy, zasnąłem.
>> Dzień dwudziesty drugi --> Brzegi Górne - Wołosate - Ustrzyki Górne >>
-
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz