Dominiczna Góra.
Idzie się do niej przez Kramarzówkę, można też przez polanę przy
kamiennym krzyżu, albo od "pól naftowych", gdzie niegdyś były prowadzone
wiercenia.
W lesie są dziesiątki dróg, idą równolegle, prostopadle, krzyżują się i
rozchodzą. Jak w mieście, w którym zamiast drapaczy chmur, są drzewa.
Idąc na Dominiczną, staram się wyszukać drogę jeszcze przeze mnie nieprzebytą i nią podążać.
Na Dominicznej, na rajbrockim stoku przycupnęły domy. Coraz liczniejsze,
coraz okazalsze, ale w srogą zimę odcięte od świata. Właśnie dlatego tu
jeszcze wypieka się po domach chleb, bo inne domowe przetwory są tutaj
oczywistą codziennością.
Dociera tu cywilizacja w każdym calu i w pełnej krasie, jednocześnie nie
wchodząc w drogę tradycji sprzed lat. I nawet nie stanowi to żadnych
kontrastów. Bo Dominiczna Góra to magiczna góra, zwykli ludzie, - rano
żyją przeszłością, w południe teraźniejszością, a wieczorem
przyszłością... A czasem - zwłaszcza w ostrą i śnieżną zimę, żyją jak za
dawnych lat - marzeniem o lepszym jutrze...
Z Dominicznej schodzę do Potoku Piekarskiego, w naturalny sposób oddzielającego Dominiczną od Piekarskiej Góry. To właśnie tu, na zachodnim stoku znajduje się las "stopierwszy", który został pozbawiony drzew iglastych, przez co osamotnione buki odsłaniają widok na dopiero co opuszczoną Dominiczną i nieco dalsze pasmo Paprotnej.
Pobielone krajobrazy nadają okolicy srogi pozór zimy, choć ta tym razem była nadzwyczaj łagodna. No, - ale zawsze to zima!
Byle do wiosny!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz