Strony

piątek, 31 stycznia 2014

Jednodniówki 2014 - Urbanek (#6) (31-01-2014)

Jakby tu zamknąć styczniowe wędrówki w ostatnim dniu miesiąca...? Też mi zagadka... :) Nietrudno zgadnąć, że mimo chadzania wieloma ścieżkami, ta do "Urbanka" jest wydeptywana przeze mnie zdecydowanie najczęściej.

Zima już powoli odpuszcza. Wesoło grzejące słońce roztapia śnieżne połacie, a pod nogami zaczyna się robić mokro. Moje stareńkie spękane buty będą poddane prawdziwemu testowi, któremu już od kilku lat nie są w stanie sprostać. No, ale jak nie ma kasy na nowe, to trzeba sobie radzić. Tym razem za impregnat robi pianka do uszczelnień. Nie będę podawał szczegółów, bo to i tak żenada, ale sposób całkiem dobrze działa! Zobaczymy jak się sprawdzi po powrocie...

Za Dworem Ledóchowskich kończy się czarna nawierzchnia. Wchodzę na śnieżną połać, wyczuwając roztopioną przez słońce wodę. Sporo tropów zwierzyny już za domami, ale ślady stopy ludzkiej, jako pierwsze na bieli zostawiam ja.

Na wysokich łąkach, przez bezlistne gałęzie drzew, prześwitują dachy lipnickiej zabudowy. Jako punkt orientacyjny góruje nad nimi strzelistą czerwienią dachu, wieżyca kościoła parafialnego.
Brnę dalej. Przede mną tylko biel śniegu i oślepiające słońce, ale mam stare dobre okulary, które służą mi jeszcze dłużej niż moje buty!
Pogoda do wędrowania jest wspaniała! Niebo z pierzastymi niewielkimi cumulusami od czasu do czasu przysłania tarczę słońca, by po chwili pozwolić mu znów zabłysnąć pełnią blasku. Białe obszary przeplatają się z ciemniejącymi kępami zarośli i widocznymi w oddali punkcikami domów. Okalające horyzont wzgórza zasnute są mgiełką oddalenia.

Delektuję się geometrią cieni kładących się od drzew na zaśnieżonej drożynie. Ja też rzucam długi cień, uwidaczniający plecak, kije i cienie sąsiednich świerków i sosen. To mój zimowy, leśny autoportret...
Śniegi topnieją. Na nasłonecznionych pniach drzew, promienie słoneczne odbijają się od lśniącej wodą ciemnej kory. Pokrywa śniegu jest gęsto przetykana runem leśnym, przebijającym się do światła.

U Urbana widać nadchodzące przedwiośnie. Z dachu kapie kropla za kroplą i nie trafiając na rynnę, tworzy perlistą firankę połyskujących w słońcu drobinek wody, zwłaszcza gdy wydłużę nieco czas naświetlania.
Nieco rzadszy las wokół kapliczki wpuszcza więcej światła, tworząc przyjemną świetlistą oazę słońca w otoczeniu ciemniejących pni drzew. Odkręcam kran, który już odmarzł i wydobywa się z niego wartki strumień wody. Obok plecaka już czekają dwie spore butle i złożony bukłak. Dzisiaj zabiorę czternaście litrów doskonałej wody.

Wracam dość wcześnie. Chcę iść wolniej, by swobodnie podziwiać piękno zimowego słonecznego lasu. Spotykam poskręcane drzewka i inne znajome okazy flory. Wiem gdzie pod śniegiem kryją się wystające korzenie, gdzie trzeba uważać na ruchomy kamień.
Po własnych śladach wracam do granicy cywilizacji. Zza parkowych drzew dobrze już widać znaną mi bryłę budynku dworskiego. Wróciłem.

A w butach - sucho! :)
























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz