Strony

piątek, 16 stycznia 2015

Jednodniówki 2015 - Stefanówka (16-01-2015)


Przez ostatnie dni, w czasie wędrówek widywałem na północnych przedpolach horyzontu malownicze wzgórze z kilkoma zabudowaniami. To "odkryta" przeze mnie kilka lat temu Stefanówka - niewielki przysiółek pobliskiej Gosprzydowej.

Byłem tam na rowerze, docierałem pieszo, często błądziłem po lasach, szukając ciekawych dróg i ostępów.
Przez Stefanówkę przebiega też odcinek czerwonego szlaku pieszego, zwanego przeze mnie Pętlą Brzeską. A czerwony szlak zawsze budzi we mnie emocje, więc tym chętniej wybieram się na tak znakowane trasy.

Słonecznym zimowym przedpołudniem stanąłem na lipnickim rynku. Pierwsza fotka i w drogę.



Jak łatwo zauważyć, widok ze zdjęcia wcale nie przypomina pełni zimowego sezonu. Tym bardziej sprzyja krótkim - z uwagi na długość dnia - wędrówkom.
Odwiedziwszy stary cmentarz, przemaszerowałem mostem przez Uszwicę w stronę Wielkiej Drogi. Spod nieistniejącej już pod lasem pszczelej pasieki spojrzałem za siebie, na dolinę i okoliczne lasy - masyw Duchowej Góry, a w tle Szpilówki i Piekarskiej.



W połowie zagajnika przed wysoką bielejącą w słońcu brzozą, odbiłem polną dróżką w lewo - na Uboce zwane także Przyckami. Stąd często bywa malowniczy widok na Lipnicę.



Wśród pól i łąk, obok niewielkiego wrzosowiska, doszedłem do dużej paryji, czyli do obszernego wąwozu, wyrzeźbionego płynącym jego dnem strumykiem. W czasie większych ulew, strumyk ten nabiera wielkiego animuszu, rwąc skały i podcinając stromizny wąwozu.






Od bijącego spod głazów źródła, szybko doszedłem do skrzyżowania na szczycie Wielkiej Drogi.
Po lewej nieopodal widać było coraz liczniejszą zabudowę ulicową, a w stronę północną droga rozwidlała się, odchodząc w lewo na Pagorek i dalej w stronę Borównej, ja natomiast podążyłem na wprost w kierunku Krasnej Góry.




Spod krzyża widać było na lewym stoku wznoszący się szczyt, a po chwili marszu wąskim asfaltem, osiągnąłem pierwsze obiekty podupadającej zabudowy rekreacyjnej i mieszkalnej na Krasnej Górze.



Przy skrzyżowaniu, obok wiekowej lipy przycupnęła niewielka kapliczka Garpielów. Zawsze chętnie ją odwiedzam i fotografuję, gdyż określa ona swoisty koloryt lokalny, a w jej wnętrzu jako główna, jest umieszczona figurka św. Szymona z Lipnicy.


Na skrzyżowaniu podążam prosto, wąsko wijącą się wstęgą asfaltu. Za ostatnimi domami skręcam przez pola w las (choć można też pójść na wprost) i po chwili odnajduję przy leśnym trakcie, znajome biało-czerwono-białe znaki szlaku.





Czerwonym szlakiem wędruje się od razu przyjemniej. Choć tym razem będzie to zaledwie kilkukilometrowy odcinek który dobrze znam, ale odcinek który też bardzo lubię.
Na szerokiej drodze leśnej napotykam na zwaloną brzozę. Kilka minut pracy scyzorykiem i droga znów jest otwarta. To tak na przyszłość, gdybym zapuścił się tu na rowerze bądź konno.





Jeszcze kilka zakrętów, gdzie trzeba czujnie wypatrywać znaków, bowiem opuszczają główną drogę i dochodzę do drogi asfaltowej, łączącej Stefanówkę z resztą świata.





Mijam kilka spokojnie rozlokowanych tu domów, po czym w górę ogrodzenia nowej parterowej posiadłości, osiągam kulminację wzgórza, z rzadka porośniętą brzeziną na stoku schodzącym na kierunku południowo-wschodnim.






Zza zagajnika wyłania się dość rozległy horyzont okolicznych wzgórz, a piękna słoneczna pogoda i przejrzyste powietrze pozwalają sycić oczy pięknem krajobrazu.




Przy drodze nie udaje mi się wypatrzyć znaków, aż poniżej na słupie dostrzegam ledwie widoczne ślady czerwonej farby wśród wyblakłych białych pasów. Na zdjęciu podkolorowałem ową czerwień, by w ogóle można było ją dostrzec.



Za kolejnymi rzadkimi zadrzewieniami otwiera się widok w dół na prawo. Stąd doskonale widać zabytkowy drewniany kościół w Gosprzydowej.




Mijam pierwsze domy, przy których rozleniwiony kot wygrzewa się w słońcu, przycupnąwszy na o wiele starszym od niego rogalu.



Jeszcze kilkadziesiąt metrów i dochodzę do drogi asfaltowej biegnącej od Gnojnika przez Gosprzydową do Lipnicy.
Dochodzę nią zaledwie do widzianego kilkanaście minut wcześniej kościoła p.w. św. Urszuli z Towarzyszkami i po wykonaniu kilku fotografii, opuszczam drogę lipnicką, kierując się czerwonym szlakiem przez Uszwicę.






Za mostem skręcając - na pamięć, gdyż znaków nie widać - w lewo, na brzegu rzeki napotykam znane pobojowisko, - także i tu bobry potwierdzają czystość wód Uszwicy, budując niestrudzenie swoje konstrukcje.




Wijącą się drożyną podchodzę pod kolejne wzgórze. Przed wejściem za zasłonę drzew, spoglądam za siebie tam, gdzie jeszcze pół godziny temu byłem. Stefanówka w promieniach słońca powoli znikała mi z pola widzenia.




Czerwone znaki prowadzą w górę. Słońce schodzi już coraz niżej, wydłużając cienie drzew, kładące się długimi krechami na pochyłości asfaltu.
Naprzeciw starego domu, na brzegu lasu, zapewne dzieciaki urządziły sobie swoje tajemnicze miejsce. Dwa kopczyki kamieni okolone niskim płotkiem z patyczków. To zapewne ich magiczne miejsce, które jeszcze po latach będą wspominać.






Stara chata przycupnęła na skraju przysiółka, niedaleko lasu. Nie wygląda, by ktoś jeszcze w niej zamieszkiwał. Miejsce jest ciekawe, bo nocą jest tu cicho i ciemno, a o poranku zapewne łatwo wypatrzyć sarny brodzące we mgle na łące pod lasem. Takie miejsce ludzi szczęśliwych...



Las trochę jesiennie smutny, ale rozświetlony słońcem. Czerwone znaki co chwilę pojawiają się na drzewach, nie pozwalając zmylić drogi.
Na kilkanaście metrów odbijam od szlaku i dochodzę do pola uprawnego, wydartego drzewom i przez nie ściśle zamkniętego. Tu dopiero można liczyć na spotkanie z miejscową zwierzyną.






Stąd już niedaleko do końca lasu i kolejnej asfaltowej drogi. Szlak odbija w lewo i prowadzi do Lewniowej, ja zaś żegnam się pełen żalu z czerwonymi znakami i skręcam w prawo do domu.





Stąd mam już tylko pięć kilometrów, więc bez pośpiechu przechodzę przez kolejny zagajnik, spoglądam w prawo na piękną panoramę lasów ciągnących się trasą mojej wędrówki i dochodzę do granicy Tymowej z Gosprzydową.






Z Herodów kieruję obiektyw na leżącą w kotlinie Lipnicę. Widać, że światła dziennego na niedługo już wystarczy.



Spokojnie wędrując poboczem drogi wojewódzkiej, przed zmrokiem powracam na lipnicki rynek...



...by znowu z niego kiedyś zniknąć w okolicznych lasach...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz