Nie zawsze wiem gdzie pójdę. Ale dzisiaj wiedziałem, - pójdę na Rogozową (zwaną też Kozłową Górą) i wrócę czarnym szlakiem, który z Rogozowej biegnie bądź do Rajbrotu, bądź właśnie do Lipnicy.
W tamtą stronę chciałem przejść Uszwicę po kamieniach i betonowym gruzie, ale stan wody był za wysoki, więc ruszyłem wzdłuż brzegu do mostu. Po drodze napotkałem przewrócone drzewa. Z bliska stwierdziłem, że nie jest to dzieło wichrów czy człowieka, ale też dzieło natury, tyle, że innego rodzaju. To bobry dokonały tego dzieła!
Kilka kroków dalej natknąłem się na żeremie, całkiem już nieźle ukształtowane i tworzące zaporę w poprzek rzeki.
Błękit spokojnej toni wskazywał, że czystość wody sprzyja osiedlaniu się tych wodno-lądowych gryzoni.
Niebawem doszedłem do mostu, a za nim w sielskim krajobrazie, suszyło się pranie w ciepłym słońcu.
Nieco dalej, na zacienionej łące przez którą spływa do rzeki cienka strużka wody źródlanej, rosa na źdźbłach trawy nie wysychała przez cały dzień.
Wszedłem do lasu. To znana i lubiana Kramarzówka. Nieco powyżej usadowiła się grupa kamieni z jednym tworem zwanym przeze mnie Dupą Słonia, ale dzisiaj zostawiłem je na swoim miejscu i nie odwiedzając przemaszerowałem obok jednej studni i kolejnego wykopu, w którym spomiędzy doraźnego zabezpieczenia, połyskiwało lustro wody.
Ciepłe słońce przeświecało przez konary drzew, a na dobrze znanej ścieżce co i raz błyskały kałuże.
Przez chwilę droga się wypłaszczyła, co było znakiem, że dochodzę do ronda.
W miejscu tym spotyka się kilka dróg - od Kramarzówki, od Stachonia, od Piekarskiego Potoku, od Dominicznej Góry od pobliskiego wzgórza i na prawo - od Uszwicy. Z racji podmokłego terenu, drogi okrążając mokradła tworzą pozory ronda, którego oczywiście GDDKiA nie projektowała ;-)
Także i tutaj przez iglaste drzewa, promienie słońca przebijają się do zacienionego poszycia.
No tak, - opisałem sześć dróg, a poszedłem tą siódmą... :) W stronę Dominicznej Góry można iść centralnie na wprost przez wzniesienie, ja czasem obchodzę je od prawej lub od lewej, by urozmaicić trasę. Teraz poszedłem wschodnim trawersem, czyli na lewo, zostawiając na lewym skraju zejście do Potoku Piekarskiego.
Droga ta po krótkiej chwili się rozdwaja, ale idąc w tym kierunku, nigdy nie zauważam tego rozwidlenia. Także i tym razem, z głową w słonecznych koronach drzew, poszedłem niższym biegiem drogi. Tu przynajmniej las się przerzedza, niestety, za sprawą wycinki drzew iglastych.
Przy pniaku na którymś ktoś zostawił słoik z podejrzaną substancją zawijam do góry, by po chwili obejrzeć mrowisko. Jednak to zima i tylko dyżurne mrówki ospale spacerują po kopcu.
Po chwili doszedłem do tej wyższej drogi, a za nią z zagajnika wychodzi się na rozległą polanę na północno-wschodnim zboczu Dominicznej Góry. Wijącą drożyną podszedłem w górę polany.
Lubię widoki spod kamiennej figurki z krzyżem. Widać stamtąd niemal samą dziką przyrodę, której małe punkciki domów w oddali nie przydają zbyt cywilizacyjnego powiewu. I znowu spoglądam na Stefanówkę na północy. Już wiem, gdzie się niebawem wybiorę...
Szybko pokonuję przełęcz na trasie przemarszu i schodzę do siodła pomiędzy Dominiczną a Rogozową. Na początku podejścia, kilkanaście metrów po prawej od ścieżki, można napotkać leśne jeziorko. W zależności od sezonu bywa niemal wyschnięte, a czasem nabiera sporo wody. Jednak sucha zima nie uzupełniła jeszcze zapasów.
Dość stromym podejściem dochodzę do granicy lasu. Wyżej, w partii szczytowej rozpościerają się łąki, oddzielone od siebie ciernistymi krzaczorami. Prowadzi tu dyżurna ścieżka konna z pobliskiej Bacówki, a i sam nieraz w siodle tędy przemykałem.
Na zachód otwiera się piękna panorama. Przy dobrej pogodzie można od lewej dostrzec zarysy Babiej Góry, a dzisiaj w oddali góruje zamglona Polica. Beskid Wyspowy na pierwszym planie też zaznacza swą obecność kilkoma wzniesieniami.
Nad Kobyłą i Łopuszami zawisło ciepłe słońce, którego promienie rozgrzewają mnie przez chwilę. Dochodząc do ściany drzew, odwracam się za siebie, - to Długie Łąki, na których zawsze wybornie się galopuje konno. Pamiętam galop ambitnej Liry, gdy daliśmy sto metrów fory zastępowi, by po jej niecierpliwym przestępywaniu, na luźnej wodzy rzucić się w szaleńczy pościg... Na tej samej łące sędziwy Okoń - choć dzielnie się trzymający, nie był w stanie utrzymać wyciągniętego galopu do linii drzew... Prawie jeszcze teraz słyszę tętent kopyt i chrapliwy, przyspieszony oddech wierzchowców...
Długą Łąkę zostawiam za sobą.
Przy szczycie Rogozowej miejsce na ognisko. Tu się zajeżdża kuligiem, wierzchem czy na piechotkę z Bacówki. Nigdzie jak tu, tak dobrze nie smakuje kiełbaska, szaszłyk i aromatyczny grzaniec. Jeśli wokoło skrzypi mróz, przy ognisku na Rogozowej w żyłach płynie gorąca krew. A i konie mogą też odpocząć.
Dochodzę w dół zbocza do Bacówki Biały Jeleń, która przycupnęła malowniczo przy wysokim i ciemnym lesie. Miejsce zacne i niebywałe gdy chodzi o imprezy. Nigdzie nie jadałem takiego prosiaka kręconego własnoręcznie na rożnie pod szałasem, a zdałoby się prozaiczne ziemniaki i kapusta, na rozgrzanej blasze zamieniały się w wyśmienite jadło początkowo nęcące nozdrza, by po chwili pełnią swego smaku nasycić najwybredniejszego łakomczucha. Dzisiaj idę tylko do stajni porozmawiać z końmi zrobić zdjęcie przepięknej panoramy Iwkowej, ciągnącej się wzdłuż doliny, a wracając, pożegnać się z gąskami i ociemniałym danielem. Nawet nie miałem kogo zapytać o osła Edmunda i labradora, leniwego Blacky.
Gęsi nie dopuściły mnie do głosu, a daniel obwąchał, bo zobaczyć już nie może...
Po międleniu kopytnych przepłukałem dłonie w lodowatej toni potoku. Doszedłem tu tajnym skrótem przez stary las. Wychodzę na wprost "Orła" - wiaty przy Źródełku Powstańców, którego nie mogłem odnaleźć przez dwadzieścia lat!
Dalej już czarnym szlakiem, prowadzony szmerem Piekarskiego Potoku, podążam doskonale znaną drogą do Lipnicy. Nieraz wracałem tędy nocą przez dziki las, czasem nawet nie świecąc czołówki. Świetnie wiedziałem gdzie błoto, koleiny i w którym miejscu przejść potok, który wijący należało przekroczyć cztery razy.
Zostaje ostatnie podejście. Na górze kolejny maleńki stawek. Ten zwykle utrzymuje stałą ilość wód, z nadmiaru zasilając minięty co dopiero strumień.
Jest jeszcze jasno, więc wchodzę w ciemny matecznik. Gęsty i ciemny, że w nocy strach przechodzić obok, bo licho wie, jaki zwierz tam sypia... ;-)
Jak uczy nas cywilizacja, każdy las kiedyś się kończy. Takoż i ja opuszczam leśne ostępy.
W dolinie wygodnie rozsiadła się Lipnica, a od zachodu padają ostatnie promienie słońca chowającego się za horyzont.
Kolejna jednodniówka zaliczona. :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz