Ostatnia dekada stycznia to jeszcze przyjemne temperatury do wędrowania w okolicach Eilatu. Dzień niezbyt długi, zatem startując wczesnym popołudniem, nie liczyłem na długi dystans w ramach jednodniówki. Masyw Shahamon mam na wyciągnięcie ręki, toteż zwykle jest rozbiegówką na okoliczne szlaki.
Wyszedłem około pierwszej po południu, mijając zgrupowanie camperów i przyczepek, jako pozostałość dzikiej wioski.
Pierwsze rozdroże pchnęło mnie na znaną trasę. Niebieski szlak wspinał się coraz wyżej, aż osiągnąłem sąsiada Har Shahamon i postawiłem stopę na wierzchołku.
Skoro wierzchołek, to i widoki, których po drodze nie brakowało. Przy dobrej widoczności można je nie tylko podziwiać, ale też i planować wypady w rejony znane i nieznane.
Minąłem szczyt Shahamon, na który nie ma oficjalnego szlaku i zszedłem do jego podstawy przy Lower Netafim Night Camp. Obozowisko z potrójną akacją jest nie tylko miejscem biwakowym, ale też imprezowym z uwagi na bliskość miasta. Ze stromego zbocza przyglądał się na mnie bacznie koziołek.
Spod potrójnej akacji dającej ożywczy cień, lustrowałem ruch w otoczeniu. Quady i crossy mogą tu śmigać legalnie, z czego skwapliwie korzystano.
Ruszyłem do Lower Wadi Netafim, gdzie przy skrzyżowaniu ojciec naprawiał usterkę w motocyklu syna. Po kilkunastu minutach razem pomknęli w dal na swych r(ycz)ących rumakach.
Terenówki - głównie Landryny (Land Rover) - woziły klientów niezdolnych do poruszania nogami o własnych siłach. Za to rękami uzbrojonymi w filmujące smartfony machali we wszystkich kierunkach.
Im głębiej w górę doliny, tym mniej ludzkości na szlaku. Ja też nie zapuszczałem się daleko, poszukując jakiejś alternatywnej trasy. Gdy więc wdrapałem się na pagórek by mieć lepszą perspektywę obserwacyjną, dojrzałem odnogę doliny, czy może dopływ rzeki, zagrodzoną rzędem głazów.
Gdy przejechał kolejny pojazd wzbijający tumany kurzu, ruszyłem ku tej tajemniczej odnodze.
Postanowiłem nie sprawdzać przejścia na mapach nawigacyjnych, zaś opierać się na orientacji w terenie i liczyć, że ktoś już wcześniej tę trasę pokonał. A nawet na pewno była objeżdżana terenówkami, skoro trzeba było ograniczyć do niej dostęp.
Za głazami i skarpą koryta bezwodnej rzeki, dostrzegłem kilka niewielkich zasuszonych drzew, które najpierw pokonało gorące słońce, a następnie obrazu zniszczeń dopełniły rwące wody błyskawicznej powodzi.
Po lewej towarzyszył mi znajomy grzbiet Sakin Yotam, a ślady bytności ludzkiej upewniły, że poruszam się uczęszczanym terenem. Popołudniowe słońce grzało dość mocno, toteż liczyłem czas, gdy dobrnę do pierwszego cienia w głębi doliny.
Doszedłem do znanego miejsca w którym szlak schodził z Noża Jotama do okolicy słupa wysokiego napięcia. Tu już byłem na dobrze sobie znanym terenie i zamknąłem krótki odcinek nieznanej dotąd trasy. Niebawem doszedłem do Wadi Shahamon, gdzie pod kolejną akacją jest popularne miejsce piknikowe, pełne ludu w czasie szabatu, a dzisiaj puste.
Wadi Shahamon oddziela stary Eilat od nowej dzielnicy, która przyjęła nazwę od granicznego wadi. W czasie krótkiej pory deszczowej, koryto Wadi Shahamon zamienia się w rwącą szeroką rzekę, niosącą brudne pustynne wody do Zatoki Akaba. Tym samym został mi ostatni kilometr do miejsca startu.
Trasa krótka, zaledwie około dziesięciu kilometrów. Przewyższeń też niewiele, że nie ma czego liczyć. Bardziej był to długi spacer kontemplacyjny z pierwiastkiem odkrywczym i utrzymaniem kondycji na kolejne wypady w teren. Nie wszystko trzeba przejść jednego dnia... :-)
.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz