Zanim wyjedziesz, zanim wyjdziesz...
To właśnie dobór sprzętu i wyposażenia, logistyka dojazdu, uzupełnienia zakupów, ustalenia trasy, etapów, czasu, noclegów i kto wie, czego tam jeszcze.
Wszystko to wypadałoby dograć przed startem, a najlepiej przewidzieć niespodzianki i opracować plan "B" i kto wie co tam jeszcze ;-)
Na pierwszy ogień idzie lista sprzętowa.
W zasadzie moja lista sprzętowa kręci się wokół sprawdzonego rdzenia podstawowych elementów zabieranych na każdą wędrówkę. I dopóki te elementy nadają się do użycia, wchodzą na kolejne listy według swojego przeznaczenia. Sporo z nich widnieje na wykazach od lat i to są te sprawdzone elementy, których nie zastąpię innymi, a raczej nowszymi po zużyciu starszych.
Oczywiście inaczej wyposażam się na wiosnę, nieco inaczej na lato, odmiennie na chłodniejsze warunki. Co innego dyktuje pustynia, Alpy żądają konkretów, a Beskidy wezmą co dam :-)
Na Bohusleden należało uwzględnić przede wszystkim czynnik pogodowy, bardzo zmienny i mocno wymagający. W parze z warunkami pogodowymi idzie oczywiście temperatura, więc i ona wymaga dopasowania ubioru i śpiwora. Kuchnia w zasadzie ta sama, więc czynnik zmienny uwzględniony.
Wyposażenie popłynęło ze mną do Norwegii, więc i tamtejsze warunki trzeba było uwzględnić, niemniej nie zakładałem odmienności wpływających na różnicowanie listy sprzętowej.
Apteczka, zestaw naprawczy i awaryjne zasilanie w postaci powerbanka są u mnie poza dyskusją. Tym bardziej, że jeden z moich telefonów umiera po trzech godzinach pracy bez jedzenia, drugi destrukt łapie foty i satelity i też trzeba go karmić... Zaś apteczka i zestaw naprawczy są do bólu (jeszcze nie bolało) minimalistyczne.
No i dobrze, by mimo tych priorytetów zachować lekkość plecaka i nieco pojemności, bo dojdzie jeszcze jedzenie na czas wyprawy, woda i gaz kupowany na miejscu. To też trzeba pomieścić i nosić aż do skonsumowania :-)
Listę ułożyłem wagowo od najcięższej pozycji, bo wtedy doskonale widać, co najbardziej ciąży na grzbiecie. Choć u mnie wcale nie było źle...
Ponadto na zielono zaznaczyłem rzeczy, które nie weszły do użycia, więc choćby powerbank - skoro bezwarunkowo zabierany - mógłby być mniejszy i lżejszy, bo szczęśliwie było się gdzie doładować, a i wszystkie opcje oszczędnościowe w telefonach były włączone. Za potrzebą było gdzie pójść, bo liczba toalet była wystarczająca, gazu nie przelewałem, komary nie kąsały, a światełko do namiotu nie było konieczne za sprawą jasnych nocy.
Na sobie i przy sobie miałem zoptymalizowany zestaw odzieżowo-sprzętowy.
Tu wszystko weszło do boju i sprawdziło się na tyle, na ile warunki (nie) pozwoliły.
A lekko nie było...
Plecakowe i osobiste RAZEM: 8,406 kg.
To zanim doszły zapasy konsumpcyjne - jedzenie, picie, gaz.
Podsumowanie sprzętowe z analizą zasobów robię od góry.
Plecak Osprey Exos 38 - weteran długich szlaków. Póki żyje, ma miejsce na moich plecach. Wychwalałem go (z zastrzeżeniami) wielokrotnie, a i teraz spisał się bez większych uwag. W zasadzie uwaga dotyczy nie tyle zachowania się na szlaku, co jego oznak starości, polegających na łuszczeniu się wewnętrznej warstwy wodoodpornej, dodatkowo klejącej się do zawartości. Jeśli uda mi się tę warstwę usunąć całkowicie, to mimo dziurawych kieszonek, jeszcze będzie miał u mnie dożywocie.
Namiot Big Agnes Fly Creek Platinum 1 - tu sprawa jest mniej optymistyczna. Jest to namiot z drugiej ręki, więc nie znam jego pełnej historii od dnia zakupu. Zabrałem go wcześniej na Tour du Mont Blanc i teraz na Bohusleden. Po każdym zmoczeniu od rosy bądź deszczu, wykazywał skłonność do sklejania się powłok tropiku. Praktycznie nigdy nie było możliwości by go wysuszyć rano, więc suszyłem w ciągu dnia na postojach. Po ostatnim noclegu suszenie odbyło się w połowie dnia, a rozklejanie trwało około pół godziny! No i teraz cała seria zabiegów, by przywrócić go do (pełnej) funkcjonalności. Na szczęście na szlaku były wiatki, więc nie miałem problemów z noclegiem.
Śpiwór Małachowski UL300II - najwierniejszy obok plecaka (Exos 38) towarzysz wędrówek w swoim przedziale temperaturowym. Tym razem przed wyjazdem długo analizowałem temperatury nocne na szlaku i mocno zastanawiałem się, czy aby na pewno jego termika wystarczy dla takiego zmarzlucha jak ja. Wiedziałem, że będę zmarznięty, być może będę mieć przemoczone, zimne stopy, być może śpiwór złapie trochę wilgoci, będzie wiało w wiatkach, być może...
Zabrałem go, ale dołożyłem cieplejsze getry niż bym wziął do cieplejszego śpiwora. No i doszliśmy do granicy mojego komfortu, momentami lekko się z niej zsuwając. Na szczęście końcówka lata należała do tych cieplejszych, bo już gdyby nocne temperatury spadały o pojedyncze stopnie... Daliśmy radę :-)
Kurtka Sinsay - bez nazwy modelu, tylko samo Waterproof. Nie znalazłem jej w necie - Kurtka Której Nie Ma. Bo wiemy, że jeżeli czegoś nie ma w necie, to nie istnieje ;-) Ale sprawdziła się doskonale. Na powrocie z lotniska w nielichej zlewie - nie puściła! Za pięć dychów...? Bomba!
Materac Thermarest NeoAir xLite - ma gdzieś małą tajną nieszczelność, że nad ranem wypadałoby mu dodać dwa-trzy wdmuchy, ale można i bez. Szukałem, badałem i nie wybadałem. Czasem dodmuchałem. Fajnie, gdybym nie musiał.
Dalsze pozycje działały bez zająknięcia, wchodząc do pracy i wychodząc obronną ręką.
Przy mokrych butach szczególnie przydały się klapki Kubota, nie ruszyłbym się bez butelki Nalgene na której suszyłem skarpety, spodobała się nowa czołówka Nitecore NU20 Classic, filtr Sawyer filtrował aż miło i by tak nie było gdyby go nie było, wkładka-liner do plecaka Nylofume odseparowała ładunek od klejących odpadów z klapy plecaka, palnik BRS 3000T buzował bez zająknięcia, no i wszystko pozostałe plecakowe nie zawodziło.
Z rzeczy pozaplecakowych.
Buty Merrell Moab Speed Mid GTX - Na sucho rzeczywiście były Speed :-) Zaś GTX...? No cóż. Moczybut Skandynawski i inne trawy i krzewinki nie pałają miłością do żadnych butów. Poranna rosa czy czychające na źdźbłach krople deszczu, to pompa zegarowa, wtłaczająca wodę od góry, przez szwy, membranę i każdą nieszczelność. Ale i tak długo opierały się tym mokrym atakom i będę je chwalić. Większe o pół numeru i wyposażone we wkładki żelowe, były świetnie przygotowane na dystans i zastosowanie podwójnych skarpet, co miało miejsce w połączeniu z woreczkami foliowymi pomiędzy.
I nawet udawały że schną, a przy wspomaganiu rzeczywiście nienajgorzej wysychały. Do przyczepności - także na mokrym - nie mam uwag. Mokre dechy to oczywiście inna bajka - śliskie i już!
Kijki Viking Kettera Pro - składały się na krótko, mają wygodny chwyt piankowy, lecz zbyt wiotką pętlę nadgarstkową, przez co puszczone do fotografowania i przechwycone po fotce, często zwijały ową pętlę. U Fizanów miałem podszyte neoprenem i te dodatkowe gramy były bardzo funkcjonalne. Może sam jakoś podszyję.
Bluza polarowa Berghaus z kapturem - model nieznany - używka bez metki. Grzała, oddychała dzięki zewnętrznemu microgridowi i świetnie dopasowała się do charakterystyki szlaku, bo na tę okazję wykukałem ją na Vinted. Za jakieś nieduże pieniądze.
Spodnie krótkie Columbia z dopinanymi nogawkami - spodnie przywiezione z ciepłych krajów, nogawki dopinane od innej, mniej funkcjonalnej pary. Wygodne, z pojemnymi kieszeniami, skrojone jak dla mnie. Nylon spodni schnął wolniej, ale nogawki po wymoczeniu w chaszczowaniu, schły na nogach. Dopóki nie spadną mi z tyłka, będą na nim wędrować wraz ze mną i w razie potrzeby z nogawkami.
Telefony - iPhone SE2020 i iPhone 12. Padające destrukty. Ale weź tu kup co dobrego nie mając kasy. Działały, nawigowały, fotografowały. Dały radę. Zdjęcia widzieliście. Bogu niech będą dzięki!
Skarpety od Fjorda Nansena - Hike Kevlar i Trek Kevlar. - Od dawna kolejne pary na stopach. Dopiero po dłuższym moczeniu stóp, szew w okolicach palców począł je na mokro szlifować. Z płaskim szwem albo bezszwowe. No i w fjordy nie mogłem nie zabrać Fjordów... :-)
Okulary DeWalt - tanie i lekkie, robocze, ale z czystym polem widzenia, bez zniekształceń przy profilowaniu i z idealnym przyciemnieniem oraz osłaniające boczne półsfery. Egzamin terenowy zaliczony.
Logistyka
Jakoś długo nie mogłem sobie przyswoić tego słowa. Myliło mi się z logopedią. Może dlatego, że nie mogę poprawnie wymówić zdania "Nie chce mi się iść w góry" ;-)
Gdzieś tam w wątku o Bohusleden, bodaj na początku, napisałem, że ten szlak chodził za mną od roku. Nieważne, czy to był rok, mniej czy więcej. Zanim wybiorę się na nieznany sobie szlak, wertuję tony informacji na jego temat.
Mapy. Na początek idą mapy. Najlepiej takie z poziomicami i cieniowane. Mózg to przerabia na 3D i już wiem, gdzie dostanę w "D". Oczywiście oglądam to niejako z lotu ptaka, ale moja wyobraźnia leci za wysoko, bądź za nisko. Dlatego też wchodzą filmy. Wszystko mamy sfilmowane. Od Rowu Mariańskiego hydraulika schylonego pod szafką, do szczytów Czomolungmy spowitej chmurą bez limitu danych.
Mapy, filmy, blogi, przewodniki internetowe, prognozy pogody. Pewnie na tym się nie kończy, bo sprawdzam koszty, ceny, legalność biwakowania, choroby, szczepienia, komunikację lokalną, ludzi. Jacy ludzie, co cenią, czego nie lubią, jacy są. Choć w dziczy rzadko ich spotykam i ci są inni, ale przecież czasem golę brodę i bywam w cywilizacji.
I powiem Wam - rozeznanie to recepta na uniknięcie rozczarowania. Oczywiście tego wynikającego z niedbałości i jakośtobędziości.
Ze Szwecją pojechałem tym torem od czasu incepcji ze strony Joanny. Spokojnie, osobowym. Ostatnie dwa tygodnie jechałem już towarowym i było jasne. Bilety lotnicze - kupione najtańsze. Przez to dwa tygodnie a nie krótszy odstęp do powrotu. Z lotniska nie jadę Flygbussarna, a Flixem taniej. Choć gdybym z marszu po zakupie gazu wsiadł w pociąg, mógłbym z lotniska pojechać podmiejskim w cenie strefowo-czasowego, ważnego w strefach A-B-C przez trzy godziny. Bo trasa lotnisko-Goteborg-Uddevalla mieszczą w się w strefach A-B-C i dystans można spokojnie pokonać w rzeczone trzy godziny, łącznie z zakupami w Goteborgu. Nie potrzebowałem gotówki, bo wszędzie mogłem zapłacić kartą i tak było. Połączenia się zgrywały, za gazem trochę pochodziłem, Joanna doleciała o czasie i wszystko pięknie się spięło.
Żarełko.
Szwecja tania nie jest, ale też pójdziemy poza codziennym dostępem do punktów zaopatrzenia. Te dwa czynniki implikują własne zaopatrzenie. Moje "domowe liofilizaty" czyli suszone dania, świetnie się spisują na wyprawach już od wielu lat, a przy tym są bajecznie tanie w porównaniu do firmowych liofili. Bazuję na kilku daniach mięsnych i bezmięsnych, jak Owsianka Optima, Kuskus z pomidorami, Puree ziemniaczane z cebulką, Dhal z kurczakiem i warzywami, Kurczak curry bądź w potrawce, Mac & cheese. Po kilka takich zestawów przygotowałem na początku sezonu i miałem je w Alpach, jak i teraz w Szwecji z uwzględnieniem na Norwegię. Do tego wafelki Góralki od niezawodnej siostry Marceliny, ciasteczka owsiane od siostrzenicy Magdy, kawki, herbatki i cukier. Trafiły się też suchary wojskowe. Na pierwsze dni bułki wieloziarniste z żółtym serem od bratanicy Ninusi i tak uzbierał się spory pakiet żywnościowy pakowany w dwa pasza-bagi. W jednym jak leci, a w drugim zestawy na bieżąco poukładane na następne dwa dni, by nie motać się w mniej przestronnych okolicznościach. Dodatkowe dwa blistry pieprzowego salami (tłuste i kaloryczne) do bułek kupionych w trasie. Do tego w tubach tabletki z magnezem i elektrolitami i gra!
Transport zaprogramowany, jedzenie przygotowane.
Ubranie.
Wrzesień w Szwecji nie jest bardzo zimny. Wpływ Golfstromu i ogólnie morza stabilizuje temperaturę w rejonie naszego operowania. Ale poranki i wieczory nie będą rozpalać. Będzie wilgoć, będzie mokro, będą deszcze. Z tego powodu zrezygnowałem ze swetra puchowego na rzecz bluzy polarowej z kapturem. Zabranie obydwu pozycji nie wchodziło w rachubę. Bielizna termoaktywna do marszu i termiczna merino do spania i między ludzi, gdybym przed powrotem nie mógł się oprać. Spodnie ze zdolnością do racjonalnego schnięcia, więc nogawki od innej pary. Getry merino do spania, ale mogą być na czas suszenia spodni. Skarpety nie będą mieć łatwo, no i tu kevlarowe modele od Fjorda Nansena schną zbyt długo i łatwo dobiera się do nich zbyt agresywne suszenie, jak przy ognisku. Ale są wygodne i długowieczne, no, chyba że przypalę... Na mokre trasy lepsze będą jednak jakieś szybkoschnące. Czapka z daszkiem, okulary przeciwsłoneczne, buff głównie na głowę do spania. Nie obeszłoby się bez wiatrówki na wietrzną pogodę, kurtki przeciwdeszczowej na lekki deszczyk i działania biwakowe oraz poncha na marsz w deszczu.
Buty.
Gdybym był niezależny finansowo, pewnie zafundowałbym sobie Szybkozy, czyli Hoka Speedgoat bez membrany. Albo coś w tym stylu. Nie byłem. Zabrałem co miałem i to były goreteksowe mid-y od Merrela. Na szczęście się spisały i nie narzekam, ale nie był to dobór wolny.
Wyposażenie biwakowe.
Wszystko co lekkie. Mam namioty wygodne, mam namioty lekkie. Platynowy Fly Creek był nie do pobicia wagowo i załapał się na szlak. Kropka. Dodałem mu podłogę z najlżejszego Tyveku, dociętą też pod przedsionek - na bagaż. Folia Polycryo ostatecznie została w domu. Namiot trzeba reanimować, ale jeszcze dał radę.
Łoże.
Tu Thermarest NeoAir xLite wygrywa jako lekki i wygodny, pakowny materacyk. Jakoś zdzierżyłem dmuchanie - płuca jak miechy. Gdyby nie szeleścił tak irytująco, byłby jak ideał. Modelowo świetnie się spisał, o mikronieszczelności wspominałem.
Śpiwór.
Zapowiedziałem Joannie, że będzie słyszeć w nocy moje telepanie z zimna i dzwonienie zębami. Ale minimalistyczny Małachowski UL300II dał radę, choć ma 250 gramów puchu i jedenaście lat pod moim karkiem. Ale marzyłem o czymś cieplejszym, jak choćby pięćsetka z tej samej stajni w Karpatach Rumuńskich. Za każdym razem gdy go pakuję do jego małego woreczka, to się dziwię, że się tam mieści. Wziąłem dwukrotnie większy woreczek, by puch miał więcej swobody i szybciej się rozprężał. Gdy ubyło jedzenia, mogłem go luzem pakować w wolnej przestrzeni plecaka.
Kuchnia.
To dopiero minimalizm. Najlżejszy palnik wchodzi z zapalniczką i ciastkami owsianymi do tytanowego Toaksa 650 ml, (wszedłby kartusz 100, ale miałem 230g.) a to do polipropylenowego kubala 850 ml zamykanego na zatrzaski. Toaks tylko do gotowania wody - zawsze czysty i bez zapachów, polipropylen do zalewania dań i łatwy do utrzymania w czystości. W komplecie długa łyżka tytanowa i nóż Victorinoxa do pomidorów. Butelka Nalgene na gorące napoje i ...jedzcie, pijcie, nim schowacie to umyjcie ;-) Jakoś dziwnie prawie miejsca to nie zabierało.
My tu gadu-gadu, a plecak spakowany! Powerbank, ładowarka i kabelki w saszetce biodrowej zwanej nerką, czołówka w lewej kieszeni pasa biodrowego plecaka, SwissCard w prawej.
Kosmetyczka z zawartością w kieszeni pod klapą wespół z ręcznikiem.
Najtrudniej było zmieścić zapasy jedzenia - dwa pasza-bagi. Były spore, bo na dwa tygodnie, ale jakoś klapa się domknęła. Nie lubię słowa "jakoś", ale jakoś tu zaakceptowałem.
No i tu procentuje minimalizm i metodyczne kupowanie małego, lekkiego i funkcjonalnego wyposażenia. Dawne, dobre czasy się przydały. Nie było więc braków, był spokojny dobór, choć może nie było pełnego wachlarza, bo śpiwór, bo buty, bo coś już zaczyna dobiegać końca eksploatacji.
Nie brakło opcji noclegowych, prądu, jedzenia, wody. Nie szedłem niewyspany, zmarznięty, przemoczony. A przynajmniej nie w znaczeniu szlakowym. Nawigacja nie zawiodła, foty wyszły.
Koszty.
Całkiem za darmo się nie da, zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodzi transport w wielu pozycjach.
Busy, autobusy, pociągi, samoloty i prom pochłonęły lwią część kosztów wyprawy, czyli 431 złotych.
Z tego bilety lotnicze z Krakowa do Goteborga i z Oslo Torp do Krakowa - odpowiednio 158 zł i 164 zł z wliczonym bagażem rejestrowanym 10 kg. Pozostała ponad stówka to lokalny transport. Busy i pociągi - dojazd z domu na lotnisko i na koniec powrót (12zł), Flix z Landvetter do Goteborga (27zł), pociąg do Uddevalla (44zł) i prom z Stromstad do Sandefjord (26zł).
Na jedzenie wydałem równe 50 zł. W sumie 10 bułek, cynamonka, kawa, tortilla i pasztet w foremce.
Ostatni koszt w wyliczeniu to pojemnik z gazem 230 g od Primusa za 33 zł.
W sumie wyszło 514 zł.
W Norwegii już nic nie wydałem :-)
Kwoty mogą się różnić nieznacznie, bo przeliczniki z Euro i Koron Szwedzkich brałem po powrocie, a płaciłem przed wylotem i w trakcie, ale to oczywiście sprawy groszowe. Zresztą karty wielowalutowej i tak nie potrzebowałem, bowiem za granicą płacę i kupuję niewiele.
Gdybym tak nie "szalał" z zakupami na trasie czy też kupił bilet powrotny z Oslo-Torp wcześniej gdy był nieco tańszy, jeden duży banknot wystarczyłby na wyprawę.
Może jeszcze powinienem jakoś policzyć koszt moich domowych liofili - suszonych dań, więc zakładając średni koszt jednego dania na poziomie 5 zł, pakiet żywnościowy dołożył się kwotą około 60 zł.
Tak chyba ma wyglądać dobrze zaplanowana wyprawa. W zasadzie scenariusz i reżyseria. Bo scenografię mieliśmy fantastyczną i odstawiliśmy aktorstwo bez dubli i kaskaderów. Nawet obyło się bez producenta - finanse własne.
Co więcej pisać. I tak już wywaliłem elaborat. Jeśli to nie wystarczy - nic nie wystarczy.
Planujcie, przewidujcie, wędrujcie...!
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz