Wieża widokowa na Szpilówce jest znakomitym punktem obserwacyjnym w mojej okolicy. Przy sprzyjającej pogodzie zapewnia malownicze zachody słońca i równie spektakularne wschody. By jednak połączyć te dwa spektakle, najlepiej spędzić noc właśnie na Szpilówce.
Spanie na wieży ma też tę zaletę, że nie ma presji czasowej tak wieczorem jak i nad ranem. Jeśli zdążę na zachód, to śpiąc na górze i mając ustawiony budzik - u mnie zwykle na pół godziny przed wschodem - mam całe przedstawienie świtu i poranka na miejscu.
Każde widowisko jest inne i ma swoje uroki. Czyste niebo, chmury na horyzoncie, mgliste obłoki nad ziemią - spokojne bądź pędzone wichrem, ciemne rozgwieżdżone niebo, poświata księżycowa, karminowy zachód, różowy świt, odgłosy okolicy, śpiewy ptaków, świst wiatru... Jest tego naprawdę sporo, zatem trudno się dziwić, że miejsce to ma dla mnie tak wielką moc przyciągania.
Jeśli dodać do tego kontemplowanie okolicy i wypatrywanie odległych szczegółów przy dobrej przejrzystości powietrza, to i godziny dzienne potrafią zaoferować niebagatelną wartość dodaną.
Tym razem było nie inaczej. Sprawdziwszy prognozy pogody, uznałem, że najbliższa noc będzie się świetnie nadawać na połączenie kończącego się jednego i rozpoczęcie drugiego dnia. Spakowałem się sprawnie z niemal stałym ekwipunkiem. Niemal, bo od niedawna stałem się posiadaczem śpiwora Małachowski UL600, który zadebiutował podczas trzydziestej dziewiątej nocy na wieży. Przy zimnych jesiennych nocach i porywistym wietrze, mój wierny UL300II mógłby już nie zapewnić tak lubianego przeze mnie komfortu termicznego.
Z lipnickiego rynku wyruszyłem niemal bez zapasu czasowego. Obliczyłem, że na wieży zjawię się na kwadrans przed zachodem słońca, co miało spokojnie wystarczyć na sesję fotograficzną. Trasę znam doskonale, takoż i czas przejścia jest łatwy do oszacowania.
Przed Duchową Górą niebo już nabierało kolorów właściwych późnej porze. Złote barwy odbijały się od jesiennych liści, dając przyjemną poświatę ponad zaroszonym wąwozem. Rozciągnięte górnymi wiatrami pasma obłoków także nabierały bladożółtego zabarwienia od spodu. Mój ulubiony korytarz z niskich koron drzew splecionych nad polno-leśną drogą wykazywał się już tajemniczym mrokiem, zapowiadającym rychły koniec dnia.
Na wieżę dotarłem w samą porę. Jednak dobra godzina przybycia nie gwarantuje wyjątkowości kryjącej się pod horyzont tarczy słonecznej. Otóż na zachodnim nieboskłonie ulokowała się gęsta warstwa chmur i skutecznie zasłoniła naszą gwiazdę dzienną. Ale mimo braku widoczności samego słońca, jego światło wchodziło w barwną interakcję z pełnym wachlarzem niższych i wysokich obłoków, co również dało się docenić i ująć na kolejnych fotografiach.
Zarówno Lipnica jak i Iwkowa przy braku bezpośredniego oświetlenia słonecznego, prezentowały się nad wyraz sennie. Pojawiające się mgły i dymy konkurowały ze sobą o panowanie nad tymi zamieszkanymi dolinami.
Gdyby nie czasomierz, trudno by mi było zgadnąć kiedy ma miejsce właściwy zachód słońca. Coraz bardziej ciemniejące niebo i chmury przesłaniające je nisko nad terenem informowały, że oto dzień ustępuje nocy i zmierzch przechodzi w zapadające ciemności. Barwy żółci zmieniały się w pomarańcze, a co bardziej rozsnute obłoki prześwitywały różami we wszelkich odcieniach. Błękit nieba nad nimi zaś gęstniał, choć dłuższe czasy naświetlania pozwalały niejako opóźnić zapadający zmrok.
Rozstawienie namiotu nie było łatwe. Zapowiadany silny wiatr już nieźle przybierał na sile, choć nie było to nic nowego w tej konkretnej lokalizacji. Wieża górująca nad koronami drzew jest niezmiennie wystawiona na podmuchy i porywy wiatrów o różnej sile. Jednego razu bowiem musiałem się przenieść na dolny podest, gdyż łopot namiotu stawał się wręcz nieznośny i nie pozwalał zasnąć.
Tym razem uporałem się dość sprawnie, mając już nieco doświadczenia z poprzednich noclegów. Niemniej liczyłem się z bardzo łopoczącą kołysanką...
Nad ziemią jeszcze widać było oznaki gasnącego dnia, lecz dołem noc obejmowała teren w swoje władanie. Pojawiły się coraz liczniejsze światła, a mgiełki zasilane ciepłymi dymami poczęły się mościć nad dachami domów.
W niemal całkowitej ciemności nieco rozświetlonej połówką księżyca, wysoko pojawiły się gwiazdy, zaś nisko barwne opończe mgieł, podświetlanych wielokolorowymi światłami. Przelewały się one po okolicy bliższej i dalszej, pędzone wiatrem, który nad ziemią nie miał tej mocy, jakiej doznawałem tu u góry. Noc zrobiła się nie tylko chłodna przez niską temperaturę, ale i przez wiatr, który dodatkowo wychładzał. No tak - nie zabrałem rękawiczek, a zdjęcia trzeba było robić! Na szczęście reszta ubioru była dopasowana do zastanych warunków, więc przeszywający wiatrem chłód nie dosięgał mnie poza dłoniami. Ciepłe kieszenie pozwoliły doraźnie opanować dyskomfort, a świadomość iż pod namiotem czeka puszysty śpiwór, pozwalała nie zamartwiać się zewnętrznym chłodem.





Wreszcie ciemną nocą uznałem, że co było do uwiecznienia to znalazło się na karcie pamięci w aparacie i można zakończyć dzisiejszą sesję. Tym bardziej, że nasilające się porywy wichru poruszały wieżą, co nie sprzyjało długim czasom naświetlania.
Nowy śpiwór Małachowski UL600, jakkolwiek uznawany za bardzo ciepły, to jednak sam z siebie przecież nie grzeje. Niemniej po wsunięciu się w obfity puchowy kokon, szybko przekazałem mu ciepło mojego ciała i zatopiłem się w miękkiej przytulności. Wieża kołysała, wicher gwizdał kołysankę, a w zielonym pałacyku było wygodnie i przytulnie. Zasnąłem jak dziecko.
Świt już zaróżowił się na niebie, kiedy usłyszałem sygnał budzika w telefonie. Trochę się zdziwiłem, że pobudka jest nieco późna, ale okazało się, iż mój smaczny sen był mocniejszy od pierwszego alarmu. Telefon wrzuciłem do śpiwora, by bateria miała cieplej, a sam po prostu na nim leżałem... Cóż, trzeba było wstać!
Wicher targał namiotem na poważnie i wiedziałem, że za ciepło nie będzie, jak to zwykle o świcie. Najgorzej było wyjść z nagrzanego śpiwora. Ubrałem się jak na zimowe warunki, bo i niska temperatura i zimny porywisty wiatr tylko czekały, by wyziębić moje stare kości. A rękawiczek jak nie miałem, tak nie miałem...
Wschodnia strona już różowiła się smugami wysokich pasemek, jak i wąską szczeliną w grubej ciemnej zasłonie tuż nad horyzontem. Na szczęście samego wschodu nie przespałem, a nawet miałem jeszcze chwilę na dojście do siebie. Choć tak naprawdę dojść do siebie w tym zimnym wichrze nijak mi się nie udało...
Wczorajsze mgły utrzymywały się tylko na zachodzie. Mocny wiatr wywiał je znad Lipnicy, a nad Iwkową pozostawił ledwie mgliste wspomnienie. Gdzieś tam w oddali Beskid Niski i Beskid Sądecki przesłonięte były delikatną firanką ni to mgieł ni to obłoków. Od sinej barwy horyzontu bił chłód, który czułem nie tylko w wyobraźni.
Wypatrywałem słońca. Czas już nadchodził, a czerwona tarcza jeszcze nie wschodziła. Ciemna warstwa chmur wiszących nad ziemią powoli nabierała intensywnej karminowej barwy przechodzącej w amarant z pomarańczowym akcentami na tle nieba odzyskującego błękit.
Okolica także nabierała kolorów, choć rozproszone światło nie wydobywało szczegółów w sennych kotlinach, powoli budzących się do życia. Złota pionowa linia już dobitnie informowała o aktywności słońca, które już według zegara miało się pojawić.
No i wreszcie w wąskiej szczelinie między ziemią a niebem zamkniętym chmurzastą zasłoną pokazał się pasek jaskrawego światła. Słoneczna tarcza natychmiast strzeliła ostrym czerwonym promieniem w kierunku północnym, gdzie warstwa obłoku była najcieńsza. Formalnie nastał dzień, ale jakby utajony, bo sam spektakl wschodu słońca – aczkolwiek barwny i interesujący – przebiegł niejako bezobjawowo. Taka porankowa pomroczność jasna :-)
Kilka chwil jeszcze trwała ta niewidoczna wędrówka słońca za grubą zasłoną. Poranne zorze już na dobre różowiły okoliczny widnokrąg, jednak nigdzie nie widać było ciepłych i wesołych promieni słońca.
Gdy na zachodzie dostrzegłem pasma Cietnia, Lubomira, Kamienników i Grodziska oblane ciepłymi promieniami słonecznymi, odwróciłem się ku wschodowi.
Tu wreszcie jaskrawożółta kula radośnie wystrzeliła ponad zaporę chmur. Stopniowo, od najwyższych wzniesień, po zbocza i doliny, dzienne ciepłe światło poczęło się rozlewać, niepodzielnie obejmując we władanie niedawne nocne królestwo.
Gdy zza Duchowej Góry złote promienie oblały lipnicką dolinę, wszystkie koguty piejące od tej chwili były zdecydowanie spóźnione ;-)
Słońce pięło się coraz wyżej, ogrzewając mnie i mój namiot. A ja coraz bardziej pragnąłem wskoczyć choćby na godzinkę do cieplutkiego śpiwora. Bo choć słońce już nieśmiało przygrzewało, to wiatr ani myślał ustać. Rozhulał się chyba jeszcze bardziej, więc strzeliłem jeszcze kilkanaście fotek i z przyjemnością dałem nura w puchowe gniazdko :-)
Ciepełko, w które się wtuliłem, uśpiło mnie niemal natychmiast. Spałem tak jak niemowlę z półtorej godziny i po przebudzeniu się wcale nie miałem ochoty wstawać! Wicher nadal szarpał namiotem, choć od środka wyglądało to jeszcze znośnie, a to za sprawą wzorowego naciągnięcia poszycia i zamkniętego wejścia. Kiedy bowiem po ubraniu się wyszedłem na zewnątrz, wietrzysko zabrało się za targanie moim pałacykiem niczym owczarek poniemiecki nogawką listonosza.
Wyciągnąłem samopompę i śpiwór na światło dzienne z nadzieją na małą sesję fotograficzną. Musiałem je wsunąć częściowo pod poły przedsionka, a i tak co chwilę zrywały się do lotu. Zrobienie tych dwóch ujęć przypominało walkę z wiatrakami - nomen omen...
Cóż było robić... Co się dało jakoś zapakowałem do plecaka, ale o poskładaniu namiotu nie było mowy. Ledwie zwolniłem ostatnie kotwiczki od nawietrznej, a moja zwiewna kawalerka już zrywała się do lotu, z trudem trzymana by nie poszybować w siną dal. Zwinąłem ją, tłamsząc w ramionach i wcisnąłem pod klapę plecaka. Takiego wichru na wieży dawno nie było, a podobny pamiętam tylko dwa razy.
Ostatnie spojrzenie na zachmurzoną Lipnicę i zszedłem na dół.
Teraz pora na śniadanie u Urbanka. Po drodze rozglądałem się za grzybami, których jeszcze tydzień temu było dość sporo. Teraz jakby je wywiało, jedynie nieliczne kanie przycupnięte za osłoną jakoś ocalały.
U Urbanka cicho i spokojnie, jesiennie i kolorowo. Jakoś nawet nie czułem głodu, więc się nie objadałem. Lubię wędrować z lekkim żołądkiem, a do domu zaledwie siedem kilometrów. Posiedziałem tak w tej kultowej lokalizacji i wreszcie zebrałem się w drogę powrotną.
Stromym stokiem zwanym przeze mnie Stokiem Małysza, wspiąłem się na grzbiet masywu Szpilówki, do biegnącego tu zielonego szlaku. Jednak by nie iść tą samą trasą jak ostatnio, skręciłem na Trawers Północny. Lubię te jeszcze dziksze ścieżki, obficie porośnięte paprociami, zatopione w półmroku. A dalej dochodzę pod Duchową Górę, do drogi którą wczoraj podchodziłem od Lipnicy Dolnej.
Trawers Duchowej jest bardzo przyjemny. Od lewej lasy, od prawej pola. Zaglądam klonom w liście, spoglądam na ścianę drzew smaganych porywami ciągle jeszcze zrywnego wiatru i przyglądam się leszczynom, brzozom i ostrężynom.
Przechodzę przez malowniczy wąwóz, skąd już tylko kilkaset metrów przez zarośnięty zagajnik do kapliczki za dworem Ledóchowskich i pobliskiego źródełka.
Kiedy od dworu wychodzę na prostą do rynku, to już w zasadzie jestem w domu. Choć jak w domu, to byłem i od wczorajszego wieczora... :-)
* * *
Czterdziesta noc na wieży już za mną. Kolejny zbiór zdjęć, o których wiedziałem, że nie będą idealne. Szarpiący wiatr pozwolił na ujęcia które były mocno odsiewane. Ale przecież coś zostało. Kolejny zachód niemal bez słońca, kolejny wschód zza zasłony. A tak naprawdę, to słońce wcale nie wędrowało. To tylko mi stojącemu na globusie, świat się zakręcił...
...bo ja trochę taki zakręcony jestem... :-)
.
jaki masz patent na przytrzymanie namiotu na wieży na tych deskach?
OdpowiedzUsuńJakiś czas temu opisałem moje patenty z kotwiczkami w osobnym wątku:
Usuńhttps://ginvilla.blogspot.com/2023/10/mocowanie-namiotu-do-podestu.html
Od tego czasu dorobiłem jeszcze małe haczyki z gumosznurkiem, a przeznaczone są do mocowania do podestu, w którym pod deskami jest kratownica. Używałem ich na Mogielicy i na Kamionnej.