Strony

sobota, 13 września 2025

Z Rajbrotu na Kamionną i do Pasierbca oraz Pasmo Łososińskie do Przełęczy św, Justa, 12/13.09.2025.

W poprzednim wpisie opowiadałem o wyjściu z Joanną na wieżę widokową na Szpilówce i do legendarnego Urbanka. Przybywając znad morza, chciała też poznać moje nieco dalsze okolice i po przedstawieniu kilku propozycji - w tym Pienin ze słowackimi przyległościami, wybór padł na bliższe rejony, a mianowicie Łopusza do Kamionnej i Pasmo Łososińskie. 


12.09.2025.

Wyruszyliśmy z pętli busów na końcu Rajbrotu. Od razu stok Kobyły zaserwował nieco dłużące podejście asfaltem. W ramach chwil wytchnienia zatrzymywaliśmy się przy reliktach przeszłości, które tutaj są nadal obecne. A to stara stodoła z kamienną piwniczką, to kaplica pw. św. Piotra i Pawła, to znów kolejna piwniczka kamienna odnowiona i nakryta dachem. Były też kapliczki, jakich nie tylko tutaj nie brakuje.










Od ostatniej kapliczki owianej tajemnicą odnalezienia umierającego człowieka, dochodzimy do szczytu Kobyły. Na wielu mapach ma podaną wysokość 605 metrów, zaś tabliczka wskazuje na 611 m. Spora różnica. Ale ważne, że góra jest i rośnie :-)



Z Kobyły żółtym szlakiem kierujemy się na Głowaczynę / Kamionkę. Tu czeka krótkie podejście z piękną chatą i równie pięknymi widokami rozciągającymi się z jej pobliża. Gdy byłem tu kiedyś konno, to nawet konie rozglądały się z zainteresowaniem. A i dzisiejsza panorama niezmiennie mnie urzeka swą rozległością.






Jeszcze krótki odcinek lasem i dochodzimy na siodło pod Łopuszem Wschodnim. Tu dochodzi z Rajbrotu szlak niebieski, którym będziemy podążać do Pasierbieckiej Góry. A pod Łopuszem mamy dwie atrakcje oprócz samego szczytu. To kaplica Jezu Ufam Tobie i wiatrak, który dzisiaj wyjątkowo nie załapał się na fotę...






Kawałek dalej kilka starszych domków i miła rozmowa z nieco już starszą panią. Bardzo lubię takie rozmowy, bo wiele się można dowiedzieć o mijanych miejscach i zamienić dobre słowo. A jeszcze dalej kolejna kapliczka, a my za niebieskimi znakami mijając Łopusze Środkowe, znikamy w leśnych ostępach.




Za wejściem w las, nieco wyżej na stoku znajduje się krzyż upamiętniający katastrofę małego samolotu, w której zginęło dwoje młodych ludzi. Kilkanaście metrów w głąb lasu znajduje się symboliczna mogiła.



Przechodzimy trawersując Łopusze Zachodnie i z rozległymi widokami łykamy śliwki i wąchamy kwiaty. Przed nami Przełęcz Widoma w Rozdzielu i punkt widokowy, gdzie na chwilę się zatrzymujemy. To chwila na zebranie się do podejścia na Kamionną.








Pod górę pniemy się asfaltową wstęgą. Mijamy dom weselny Sara i Bacówkę na Zadzielu. Niebawem asfalt się kończy i ostatnie kilkaset metrów pokonujemy regularną drogą leśną. Dochodzimy do wieży widokowej na Kamionnej, gdzie ponad 801 metrów wzniesienia jeszcze dodatkowe 29 metrów piętrzy się metalowa konstrukcja.





Z wieży można podziwiać pełną dookólną panoramę, przy czym pięknie prezentują się Tatry, oczywiście przy dobrej przejrzystości powietrza, która akurat dzisiaj była poniżej średniej. Ale co było to się obfociło :-)
Pierwotnie plan zakładał nocleg na Kamionnej, ale okazało się, że mamy niezłe tempo i zapas czasu, toteż po krótkiej naradzie sztabowej ustaliliśmy kolejny punkt dyslokacji na Pasierbiec, bowiem Tymbark byłby już nieosiągalny przed zachodem słońca.













Siodło pomiędzy Kamionną a Pasierbiecką też kryje ciekawostkę, którą jest degradujący się niestety dość spory staw. Pamiętam jeszcze toń wody sprzed lat, jednak postępujące obniżenie wód gruntowych i susza hydrologiczna powoli zamieniają to interesujące miejsce w mokradło, które niebawem zarośnie i wyschnie do reszty. I nie bardzo widać by miało być inaczej...



Tabliczka szczytu Pasierbieckiej Góry stoi przy szlaku. Podobnie jak z Łopuszem Zachodnim, odległość od tabliczki do właściwego szczytu to nawet kilkaset metrów. Tu zmieniamy kolor szlaku na żółty, bo idąc niebieskim na Tymbark, przechodzilibyśmy tuż obok szczytu. Więc "tabliczkowo" go zdobyliśmy, choć faktycznie szczyt pozostał tym razem niezdobyty.



Od rozstaju szlaków wchodzimy na piękną i gładką drogę leśną, której ocienione meandry zawsze chętnie fotografuję. Także i tym razem ten plan wpada mi w obiektyw. 



Mijamy mały, zarośnięty już kamieniołom i opuszczamy leśne knieje. Otwierają się dalsze widoki, a pojedyncze domy sięgają tu dość wysoko. Jeszcze jeden stromy asfaltowy odcinek leśny i wita nas Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia w Pasierbcu.




Spotykamy księdza proboszcza, który pozwala nam się rozbić na kościelnym parkingu. Niebawem na jego skraju stają dwa namioty. Noc ma być bezdeszczowa, więc zapowiada się pełny komfort.




Namioty rozstawione, korzystamy też ze wzorowo czystej toalety z umywalkami i gorącą (!) wodą. No i tu komfort zaczyna zgrzytać. Najpierw po okolicy jeździ jakiś wyczynowiec na crossie w myśl zasady "głośniej to radośniej". Nawiedza i parking, ale bardziej mu się podobają przejazdy drogą asfaltową. W pobliżu też impreza, ale czas jeszcze wczesny, więc wolno. Dla dopełnienia na parking przyjeżdża samochód i na włączonym silniku stoi nieopodal nas, konferując chyba z tubylczym rowerzystą, tak ze dwie godziny. Kiedy wreszcie rozstają się dość późną nocą, jakby dla ostudzenia nastroju, zaczyna siąpić lekki deszczyk, który dostarcza wilgoci przez kolejne godziny. A miało być tak pięknie... 


* * *

13.09.2025.

Wschód słońca z pewnością był, ale bezobjawowy. Chmury na całym nieboskłonie, na namiocie krople nocnego deszczu, a w środku spora kondensacja i ślady wody na podłodze. Czy to tylko spływ kondensacji, czy mam przeciek...? No, po latach użytkowania, niewielkie rozklejenia taśm na szwach mogą się ujawnić. Nie jest bardzo źle, ale przegląd trzeba będzie wykonać. Póki co przecieram namiot wewnątrz i z zewnątrz, zjadam bułkę z serem (klasyka na pierwsze dni wędrówki) i powoli zwijamy majdan. O godzinie 8:20 mamy busa do Łososiny Górnej, więc trzymamy się czasu i na pożegnanie Pasierbca zaglądamy na chwilę modlitwy do sanktuarium.







Bus podjeżdża punktualnie i zaliczamy krótki zjazd asfaltem. Za rondem w stronę Żegociny mamy wejście na szlak zielony, który pamiętam sprzed lat. Dzisiaj będzie dla mnie refresher, dla Asi nowa trasa.




Żmudnym podejściem zdobywamy kolejno Dzielec, Groń i Sarczyn, docierając do siodła pod Sałaszem. Miejsce znane i lubiane, bo tędy częściej podchodziłem od Limanowej i Miejskiej Góry. Nieco niżej bije źródło, ale dzisiaj mamy zapas wody. No i dobrze, bo gdy na dalszym odcinku spotykamy starszego gospodarza mijanego domu, to w trakcie pogawędki informuje, że źródełko wyschło i woda z rurki już nie leci... On sam idzie do wyżej położonej studni sprawdzić stan wody, której też coraz mniej. Chwilę jeszcze rozmawiamy i czas ruszyć dalej. 











Wreszcie dochodzimy do niebieskiego szlaku, który u Asi był w wyborze tras do zdobycia. Jednak weźmiemy go tylko po części, a na długi dystans dla Asi będzie inny szlak.





Sałasz Zachodni to także piękny punkt widokowy. Miejsce zaliczone przeze mnie do grona ulubionych, co być może każdy może potwierdzić, patrząc choćby na zdjęcia. Że dzisiaj niebo takie smutne, to nieco tylko umniejsza wzruszeń, ale Tatry są i bliższe góry też.




Niewielkie podejście i osiągamy Sałasz. Ten główny, właściwy czy środkowy, bo tak prawie pośrodku pasma się rozgościł. To najlepiej widać z daleka, patrząc oczywiście w poprzek grzbietu. 



A zaraz potem za Sałaszem w kierunku wschodnim - Stumilowy Las. Co prawda Kubusia Puchatka nie oglądałem, ale sama nazwa wyjątkowo mi jakoś pasuje do tych ostępów. To Kwaśna Buczyna Górska tu dominuje, a granica jej występowania zaczyna się jak nożem odcięta, dodatkowo prezentując się na niewielkim wznoszeniu, co akurat z tego kierunku tworzy idealną ekspozycję.




A stąd już niedaleko do najwyższego szczytu Pasma Łososińskiego - Jaworza. Jak przystało na dominanta, mała stromizna informuje o zbliżaniu się do wierzchołka. 
Szczyt jest w pełni zalesiony i widoków brak, ale są pewne widoki na widoki ;-) Napiszę o tym nieco dalej. Kto zaś ma książeczkę czy inną powierzchnię przyjmującą stempel, może go sobie przyłożyć ku pamięci.





I znowu stromizna, tym razem w dół. Niewiele czasu zabiera jej pokonanie, bo po kilku minutach zatrzymujemy się przy drewnianej wieży widokowej. Niestety, jej stan nie pozwala na wspięcie się po kilku drabinach do górnego podestu, o czym informują stosowne tablice. Ja zaś byłem na niej kilkukrotnie, w tym po raz pierwszy po jej zbudowaniu w 2011 roku, kiedy to zmieściłem na niej swój najmniejszy namiot i próbowałem niezbyt skutecznie przespać ekstremalnie wietrzną noc. A o tej przygodzie można przeczytać TUTAJ. Niestety, Picasa została zaorana i zdjęcia zniknęły...





Pora była w sam raz, by zrobić przerwę na drugie śniadanie. Poszedłem po całości i przyrządziłem sobie granolę wzbogaconą kilkoma dodatkami. A w oczekiwaniu aż danie dojdzie, pogadałem z innymi zdobywcami góry. Dowiedziałem się jeszcze co prawda nieoficjalnie, że jest już projekt nowej wieży, która ma stanąć na samym szczycie! Na poprzednią właściciel działki obejmującej szczyt nie wyraził zgody, tym razem podobno negocjacje poszły pomyślnie. Jako zadeklarowany wieżący ;-), tym wieściom przyklasnąłem pełen wiary.
A że danie już doszło do konsystencji umożliwiającej konsumpcję, pochłonąłem je z apetytem i dodatkowo wzmocniłem się kawą od Asi.





Ruszamy dalej. Pobliska kaplica to też mój stały punkt odwiedzin, a może zagoszczę tu kiedyś na mszy? Takie górskie lokalizacje mają swoisty pierwiastek inności, który do mnie mocno przemawia na swój sposób. Dzisiaj standardowe refleksyjne selfie z Maryją i trzema Jezusami.





Nostalgiczna okolica to nie tylko wspomnienia sprzed lat. To także powolne zmiany jakie obserwuję na tej trasie. Na szczęście powolne, choć i tutaj cywilizacja wpełza ze swą zachłannością i ekspansywną nowością. Jest i asfalt, to i powstają nowe domy. 
A przed nami Babia Góra. Nie! Nie zapędziliśmy się jakimś magicznym teleportalem w Beskid Żywiecki. To lokalna Babia, niemal tysiąc metrów niższa od swej sławnej imienniczki. Łagodna, niepozorna i cicha. Jakoś tak wcale jak nie baba! ;-)






Za Babią - Skrzętla Rojówka. I kolejna kaplica, a właściwie to kościół filialny. Trochę szkoda, że weekendy odpuszczam od wędrowania. Pozostaje zajrzenie przez oszklone drzwi.
A przy okazji można stąd zejść żółtym szlakiem do Męciny, albo bez szlaku zdobyć pobliski Chełm.
A skoro można, to i jedno i drugie mam na koncie :-)





Teraz już tylko asfalt, ale to nasze signum temporis. Na szczęście trasa bardzo przyjemna, z ciekawostkami z dawnych czasów, z widokami. No i z górki do Świdnika.








A od Świdnika ostatnie już podejście pod Jodłowiec Wielki. A wielki też i dlatego, że niegdyś była tu Szkoła Szybowcowa, czego wspomnienia niebawem napotykamy. Z dawnego startowiska nadal mamy piękne widoki, choć kolejne domy wyrastają w bliskiej okolicy.
Niebawem grzbiet się obniża i kolejne panoramy cieszą oko.








Tak dochodzimy do kościoła św. Justa, od którego przełęcz przyjęła swą nazwę. Kościółek znam, bo wiele lat temu mieszkałem niedaleko i mogłem tu bywać w niedzielę. Dzisiaj świątynia jest w remoncie i do odwołania nie spełnia swej głównej roli.
Schodzimy do drogi DK75 i przepakowujemy akcesoria. Aparat do plecaka, kijki złożone do bocznej kieszeni. Wszystko aby zminimalizować ilość bambetli do ogarniania w transporcie. 
Z przystanku chcemy złapać okazję albo za 40 minut autobus. Udaje się to świetnie, bo zaledwie po kilku minutach zatrzymuje się miły młody człowiek, spieszący do Zabrza przez autostradę, do której chce się włączyć od Brzeska. Tak więc przy pogaduszkach na wiele tematów dojeżdżamy do Tymowej, gdzie dziękując za podwózkę, wysiadamy. 





Z Tymowej do Lipnicy to już tylko dziewięć kilometrów, więc nie ma co kiwać na okazję. Pora w sam raz by sobie spokojnie dojść, spokojnie rozglądając się po moich spacerowych włościach. 
Kończy się dzień, kończy się też i nasza dwudniowa wędrówka.

A mapka dopowie resztę...

.

1 komentarz:

  1. Świetnie się z wami wędrowało czytając o wycieczce. Prawdziwi włóczykije jesteście :)

    OdpowiedzUsuń