----- Październik 2011 -----
Bycie bezrobotnym ma kopę plusów. Jednym
z nich jest dysponowanie dużą ilością wolnego czasu.
Do tego posiadanie
wygodnych butów albo roweru powoduje, że nie mogę wprost wytrzymać w
domu i chodzę/jeżdżę po bliższej i dalszej okolicy. Po niedawnym
zakupieniu nowego siodełka (Selle Italia Shiver), moje trasy rowerowe
nabrały nowego wymiaru, a moje cztery litery – nowego
komfortu. Najbliższe okolice mam kompletnie zdeptane/zajeżdżone
kilkugodzinnymi wypadami, więc nie dziwne, że ciągnie mnie nieco dalej.
Kiedyś, do wypadów używałem pojazdu czterokołowego, teraz ekonomia
zaprzyjaźniła mnie z rowerem – fantastycznym środkiem włóczęgowania, będącego w stanie dostać się ze mną tam, gdzie mógłbym się dostać także per pedes.
Początek października, to także moje
urodziny, w tym roku była wtedy też piękna pogoda. Pomyślałem więc, by
szczególnie tym wszystkim którzy mi życzyli, ale i pozostałym odorowcom,
przekazać w formie opisu spełnianie ich – i co tu wiele mówić – moich życzeń/planów. To tyle w formie preambuły.
Dnia czwartego października wczesnym popołudniem, wyruszyłem z mojej Lipnicy Murowanej.
Za niedalekim Rajbrotem skręciłem w stronę Żegociny.
Mijając stare domy z bali w Bytomsku, dziarsko kręciłem dalej.
W Żegocinie obejrzałem wiatę z grillem pod kątem awaryjnego biwaku, ale stwierdziłem tylko jej zastosowanie imprezowe.
Mknąc w Rozdzielu z góry, minąłem
kolejno kościół drewniany właśnie w Rozdzielu i nieco dalej, mały
urokliwy i dosyć surowy kościółek w Kamionce Małej.
Mijając okoliczne pagórki, dotarłem do drogi Łososina Dolna – Młynne – Limanowa, którą przeciąłem, przejechałem most na Łososinie i złapałem kontakt wzrokowy z docelowym pasmem.
Tutaj wychodzi mój instynkt
włóczęgowania. Wcześniej ustalony plan istnieje tylko w zamiarach. Trasa
i moja chęć poznawania nieznanego, determinuje liczne odstępstwa od
planów. Nazywam to wolnością i bardzo lubię. Otóż zamierzałem podjechać
na Jaworz od Żmiącej, słynącej z pstrągów (nie jadłem tam) i koni (też
nie jadłem ). Jednak po przejechaniu wspomnianej główniejszej drogi,
pierwszą "przecznicą" był zjazd na Jaworzną. Pomyślałem więc, że czemu
by nie, przecież "zmiana planów świadczy o ciągłości dowodzenia"! Olałem
konfrontację mapy z dwoma mapami zaaresztowanymi w plecaku (po co
niszczyć papierowe karty, skoro mój rower da radę wszędzie, a azymut
jest prosty i ruszyłem "na Jaworzną". We wsi natknąłem się niewielki
supermarket–sklep
"Marcysia", w którym dowiedziałem się, że dalej na szlaku mojej
włóczęgi nie występuje już żaden w miarę regularny punk sprzedaży, tak
więc była to ostatnia szansa zaopatrzenia się w wieczorny napój
energetyczny, w przyrodzie występujący powszechnie pod nazwą "piwo". Co
też uczyniłem. Na wypadek wszelki i w obliczu wymknięcia się z objęć
cywilizacji, moje zasoby spożywcze powiększyłem jeszcze o cztery batony.
Pamiętajcie – sklep Marcysia – ostatni po tej stronie Drogi Mlecznej.
Wcinając jeden z batoników na drugie śniadanie, podziwiałem jeszcze okolicę, jawiącą się jesiennie i pogodnie.
No i dalej zaczęło się... Niby rower
górski służy do jazdy po górach, ale mój sędziwy wiek z dopiero co
nabytym nowym ukończonym rokiem pewnie wolałby bardziej lajtowe trasy.
Podjazd pod górę był dosyć mozolny, ale na szczęście były to jeszcze
okolice w miarę zamieszkałe i pod kołami był całkiem nowy asfalt.
Dojechałem do miejsca gdzie tenże się kończył i wreszcie zobaczyłem
okolicę z bardziej wyniesionej perspektywy. Jaworzna malowniczo lokowała
się w dolinie strumienia i nieśmiało wspinała na pobliskie pagórki.
Gdy dojechałem – dalej już drogą gruntową do szlaku czarnego z Laskowej na Sałasz, spojrzałem na zachód, by zobaczyć kolejne wyspy Beskidu.
Także pobliska Laskowa gęsto wtulała się
w dolinę Łososiny i z przysiółkami i pobliskimi wioskami rozpełzała się
na pobliskie wzgórza z kulminacją Kamionnej.
Mijając opuszczone gospodarstwa, kapliczki i leśne podjazdy, dotarłem do szczytu Sałasza (909 m).
Tu już byłem na tyle wysoko, że miałem
świadomość, iż największy mozół podjazdów mam już za sobą. Oczywiście
kondycja dopisywała, choć od samego początku łapała mnie w lewym
podudziu jakaś dziwna zapowiedź skurczu, ale na straszeniu się
skończyło. Na szczęście, bo skurcz w podudziu na odludziu nie byłby mi
po drodze... Z Sałasza na Jaworz było tylko jedno śmignięcie przez
Stumilowy Las, więc niebawem znalazłem się na niebotycznej wysokości 921
metrów nad poziomem morza.
Sam Jaworz nie jest w okolicach szczytu
nadmiernie atrakcyjny, stoi tam jedynie tablica informacyjna i
ławko-stoliko-daszek, a szczyt jest zalesiony, więc widoków do
podziwiania brak. Na szczęście po krótkim downhillu w kierunku
wschodnim, las się kończy szeroką polaną z usytuowaną na brzegu lasu,
wieżą widokową i daszkiem imprezowym.
Z wieży można podziwiać piękne widoki w
kierunku północnym, wschodnim i południowym, natomiast zachód jest
przesłonięty kulminacją Jaworza. Jako, że dzień się już pochylił, czym
prędzej wdrapałem się na dwudziestometrową konstrukcję i kontemplując
rozległe krajobrazy, uwieczniłem je moim marnym kompaktem (Sony W350).
Niestety, lustrzanka z obiektywami jakoś mi się nie komponuje z rowerem,
więc proszę wybaczyć gorszą jakość fotografii.
Mimo zapadającego zmierzchu, udało się
jeszcze uwiecznić okolice Jeziora Rożnowskiego od wschodu i Męcinę od
południowego wschodu.
Z góry wypatrzyłem też pobliskie
domostwa, licząc na możliwość zaczerpnięcia wody, a wytężając wzrok,
dostrzegłem biegającego za ludźmi małego koziołka. Zstąpiłem zatem na
ziemię, by zasięgnąć języka u miejscowych, zaczerpnąć wody i być może,
zaprzyjaźnić się z młodym sarenkiem. Okazało się, że ma na imię Puszek.
Gdy wyczerpałem moje dzienne zadania,
pozwoliłem zgasnąć światłu dnia, by zatopić się w mrok obłapiającej mnie
swymi chłodnymi i ciemnymi mackami – nocy...
Czas wieczerzać... Owsianka ma wolności
smak i tylko ona tak potrafi smakować w mojej terenowej kompozycji z
czekoladą i rodzynkami. Za osłonę od coraz mocniej dmącego wiatru,
posłużył mi worek wodoszczelny Colemana, plecak i koszulka rowerowa.
Żeby zaś zapewnić sobie odpowiednie ciepło i nastrój do delektowania się
wspomnianą owsianką, rozpaliłem też ognisko, przy którym piwo ma smak
przygody, a przygoda zapach wędzonego włóczęgi.
Nasycony i napojony, zacząłem myśleć o
spoczynku. Tubylcza niewiasta od wody i koziołka, wieszczyła mi pożarcie
przez dziki, które ponoć tłumnie nawiedzają pobliskie łąki. Ale ja
miałem inny plan, bynajmniej nie zdeterminowany przez obawy o bliskie
spotkania z dzikimi świniami.
Już wcześniej zaplanowałem rozbicie mojego
małego Rigela na platformie widokowej wieży obserwacyjnej. Na górze
tymczasem zaczęło wiać coraz mocniej, aczkolwiek nie zaczęło mnie to
jeszcze niepokoić. Tym niemniej, rozkładanie namiotu w takich warunkach
przy świetle czołówki (Tikka XP2) było atrakcją samą w sobie. Jeszcze w
domu zastanawiałem się, czy nie zabrać kilku wkrętów do drewna, ale
liczyłem, że znajdę jakieś gwoździe na miejscu, co na szczęście stało
się faktem i mogłem solidnie użyć ich w zastępstwie szpilek namiotowych,
które zresztą na drewnianym podeście byłyby bezużyteczne. Obserwując
jednakowoż wzmagające się porywy wiatru, postanowiłem jak najstaranniej
zamocować namiot, do czego użyłem ekspandorów od bagażu rowerowego.
Zeszło mi przy tym nieco czasu, ale skonstatowałem, że będę przynajmniej
spał spokojnie. Niestety, nie było to takie oczywiste.
Gdy już uporałem
się z namiotem, szybko dmuchnąłem samopompę (Karrimor bez oznaczenia
modelu, prawie wcale nie samopompująca), wrzuciłem śpiwór (Cumulus LL330
na Pertex Microlight), uwieczniłem światła Nowego Sącza i oczywiście
sam namiot na wysokościach i wpakowałem się do środka.
No i tu na pewien czas kończy się
sielanka... Zaległem gdzieś o 22.xx i już wtedy wiało dość porządnie.
Jeszcze przed północą porywy zrobiły się tak silne, że może z
nadwrażliwości zacząłem się obawiać o stabilność namiotu z moją
skromną osobą wewnątrz. Siłę wiatru oceniałem na przedział 80–100
km/h z porywami ok. 120 km/h. Namiot był napięty tak, by nie pozwolić
na tworzenie kieszeni powietrznych, jednak łopotał głośno i – jak dla mnie –
niepokojąco. Porywy trwały po kilka sekund, po których wiatr przycichał
na minutę czy dwie, po czym znowu napierał. Dwadzieścia metrów nad
ziemią, barierki na wysokości 80 cm, więc jakby namiot podwiało lub od
nawietrznej mocowanie puściło, to taki nocny lot byłby wielce możliwy.
Rzadko miewam cykora, ale wtedy minę musiałem mieć rzadką.
Jednak tak
leżąc, analizowałem siłę i częstotliwość porywów, ich narastanie czy też
słabnięcie z czasem, określane też siłą i odgłosami trzepotania powłoki
namiotu. Przy okazji stwierdziłem przewiewanie zamka i oczywiście
wentylacji, przy czym zamek od namiotu i od śpiwora miałem od
nawietrznej (lekko po skosie od tyłu), więc i śpiwór był lekko od zamka
przewiewany. Ale to mnie nie dziwiło –
przy takim wietrze...! Gdy już stwierdziłem, że namiot wytrzymuje
najmocniejsze porywy wichury, a ta nieco słabnie (?), to może zasnę. No i
udało mi się pogadać z Morfeuszem najpierw przez jakieś pół godziny, a
nad ranem nawet ze dwie.
Gdy się obudziłem o wschodzie słońca, nadal
nieźle wiało, ale odważyłem się otworzyć namiot i spojrzeć na wschód.
Słońce jednak kryło się jeszcze za gęstą zasłoną porannych chmur, więc
spektakularnej eksplozji pomarańczowej kuli nie było... Dopiero po
kolejnej, znacznie spokojniejszej drzemce, udało mi się na wschodzie,
nad porannymi mgłami, wypatrzyć mały, pomarańczowy, nieśmiało świecący
punkt, którym według wszelkiego prawdopodobieństwa, było słońce!
Niezbyt wyspany, zafundowałem sobie
kolejną drzemkę, jako że nigdzie mi się nie spieszyło. Po ostatecznej
pobudce uwieczniłem poranne krajobrazy i mój schron, wzorowo opierający
się nocnej wichurze.
Zapomniałem tylko strzelić fotę z ziemi z
namiotem na wieży, ale tak fajną przygodę może jeszcze powtórzę, to i o
focie się pomyśli... Nadszedł już czas śniadania, tak więc po
wieczornej owsiance, hitem kulinarnym był poranny kuskus z widokiem na
góry.
Wczorajsi gospodarze z radością
stwierdzili, że dziki mnie nie zjadły, a gdy dowiedzieli się gdzie
spałem, zdziwili się, że nie miałem nocnego szybowania. Very funny...
Zwinąłem się sprawnie, ucieszyłem się,
że są na miejscu worki na śmieci (których prawie nie generuję) i po raz
ostatni spojrzałem na mój czteropiętrowy hotel, a nieco niżej, w połowie
polany, pokłoniłem się Najświętszej Panience przy kaplicy pełniącej
rolę kościoła terenowego.
Jeszcze nie zacząłem dobrze zjeżdżać,
licząc na leśną zniszczoną drogę, a tu natknąłem się na nówkę sztukę
nieśmiganą betonówkę, jeszcze nawet niedokończoną i nie dopuszczoną do
użytku dla większych pojazdów.
Z góry śmigało się szybko i sprawnie, tak, że po kilkunastu minutach (z postojami na foty) minąłem Stańkową i Żbikowice.
Bez zbędnych opóźnień dotarłem do
Krosnej, gdzie minąłem stary kościółek i nowy kościół, skąd niedaleko
było do częściej rowerowanych przeze mnie okolic.
Poruszałem się też różnymi szlakami...
Dobrze, że zaopatrzyłem się w stosowne
mapy, bo na odcinkach, których jeszcze nie pokonywałem, trasy w terenie w
przeciwieństwie do map, nie były oznakowane.
Zajrzałem jeszcze do Bacówki w Iwkowej, gdzie mam konny punkt wypadowy.
Z Bacówki już niedaleko było do kaplicy św. Urbana, skąd regularnie czerpię doskonałą wodę źródlaną.
Stamtąd już tylko kilkanaście minut do ostatniego już opuszczenia lasu, by drogami polnymi i na koniec asfaltem, dojechać do Lipnicy Murowanej.
W ten oto sposób zafundowałem sobie
jedną z wielu moich włóczęg rowerowych. Niedalekich, niedługich,
niedrogich. Przejechałem zaledwie 72 km w dwa dni, choć teren był dość
wymagający, przynajmniej jak na moją leniwą naturę. Były nowe szlaki,
smak przygody, przepiękne widoki, świetna pogoda...
Już myślę, jak by tu po niedzieli
śmignąć w złocące (słocące?) się Bieszczady. Odwiedzić kolejny raz
Bukowe Berdo, Worek Bieszczadzki i obowiązkowo jakiś jeszcze nie
przedeptany szlak. Żeby tylko nie lało, bo moje stareńkie buty (Alvika
Quest), już dawno domagają się emerytury, a na następców jakby funduszy
brak. Ale co mi tam – jak tylko będę miał z kim pojechać (transport), to pojadę. Przygoda wzywa, a owsianki zapas jeszcze mam.
Bo owsianka ma wolności smak...
Gratulacje dla wytrwałych którzy dotrwali do końca.
Cała setka zdjęć na mojej pikasie https://picasaweb.google.com/Yatzkowski/JaworzRowerem?authuser=0&feat=directlink
-
Jeśli wybieracie się na jakiś wakacyjny wyjazd, warto przejrzeć garderobę czy coś nowego przypadkiem by się nie przydało. Zawsze bardzo ważne są buty, muszą być przede wszystkim wygodne. Takie sportowe https://butymodne.pl/sportowe-meskie-c257929.html będą moim zdaniem najbardziej odpowiednie. Będę właśnie mężowi zamawiać, może też sobie przy okazji.
OdpowiedzUsuń