-
12 dzień na GSB – Runek – Mochanczka Niżna – 18 km.
12 dzień na GSB – Runek – Mochanczka Niżna – 18 km.
GSB II etap - Dzień czwarty - 20 czerwca 2013.
Trasa: Runek (1078) – Jaworzyna Krynicka (1102) – Krynica-Zdrój
(572) – Huzary (864) - Mochnaczka Niżna (621).
Na Runku spało się smacznie. Wysoko, daleko od odgłosów
cywilizacji, w nocy nie słychać kompletnie żadnego zwierza. Jednak nad ranem z
daleka niósł się jakiś nieznany odgłos. Z czasem odgłos ów stawał cię coraz
bardziej znajomy, aż wreszcie zidentyfikowałem go, - to traktor! Tuż koło
naszego obozowiska przebiegała niby nieużywana droga leśna, po której
przejechała ta specyficzna terenówka ;-) Dwaj panowie nieco zdziwieni widokiem
hamaka z daszkiem i sypialnej zielonej trumienki, pomachali nam wesoło, po czym
pochłonął ich las, razem z hałasem ciągnika. Jeszcze krótkie dosypianie i
nastąpiła pobudka.
Ciepły ranek zapowiadał pogodny dzień, sprawdziłem prognozy,
które zapowiadały niemal upał przy bezdeszczowej pogodzie.
Przed dziewiątą byliśmy gotowi do wymarszu, a po naszym
obozowisku nie pozostał nawet najmniejszy ślad. Na stopach zawitały skarpety
Fjord Nansen Trek Kevlar, które otrzymałem do testowania w trudnych warunkach, a
trasa na bieżący dzień w połączeniu z pogodą, miały stanowić coś więcej, niż
„zwykłe warunki”.
Do Jaworzyny Krynickiej było niedaleko, ale bliskość tak
popularnego szczytu nie zdradzała się ilością turystów, których po drodze nie
spotkaliśmy. Kwadrans przed dziesiątą stanęliśmy więc na tym wysoko położonym
deptaku.
Z racji dostępności Jaworzyny za pośrednictwem kolejki
gondolowej, na szczycie usianym atrakcjami gastronomicznymi, obleganymi przez
tłumy, nie miałem zamiaru spędzać tam zbyt wiele czasu. Zajrzałem do hotelu
„Krynicka Koliba” w stylu krupówkowym i – o dziwo – zostaliśmy tam serdecznie
przyjęci, bo jako bodaj jedyne dwie osoby, byliśmy wyekwipowani i wyglądaliśmy
jak prawdziwi wędrowcy. Była pieczęć, którą skwapliwie wbiłem do mojego
dziennika podróży, a miła pani specjalnie zdjęła z półki wypchanego świstaka,
bym mógł go uwiecznić na zdjęciu. Nie było też żadnych problemów ze
skorzystaniem z toalety, oczywiście nieodpłatnie. Przed hotelem wytargowałem
jeszcze zniżkę na lody dla zdobywcy szczytu, po czym odprowadziłem Leśną Duszę
na stację kolejki, z której korzystając, zjechała komfortowo na dół, podczas gdy
ja – ortodoksyjny czerwonoszlakowiec, posłusznie skierowałem się do czerwonego
znaku wskazującego zejście do Krynicy.
Ledwie tylko opuściłem wygodną drogę i skierowałem się w
zarośla, trafiłem na ścieżkę gęsto i wysoko porośniętą pokrzywami, niezbyt
harmonizującą z dostatkiem sprzed dwóch minut.
Przy kranach doprowadzających wodę do armatek śniegowych
sprawdziłem, czy jest woda w kranie, chcąc się ochłodzić w upale, niestety, rury
zadzwoniły głuchą pustką…
Nieopodal trafiłem na rezerwat ciekawych form kamiennych, ale
po sfotografowaniu go, ruszyłem w dalsze mozolne zejście w dół, mijając
malownicze polany, aż do Czarnego Potoku, gdzie z dróg i ścieżek terenowych,
wkroczyłem na drogą asfaltową. Na niedługo jednak. Po chwili szlak skierował
mnie w stronę lasu, z miejsca fundując podejście, którego schodząc w stronę
miasta, bym się nie spodziewał. Znaki oprowadziły mnie wokół poręby, co poznałem
po odgłosach piły spalinowej i nawoływaniach drwali. Wreszcie zejście i granica
lasu, a tam… siedzi sobie Leśna Dusza i zażywa odpoczynku. Byliśmy umówieni w
Krynicy, tymczasem moje tempo ustaliło inny stan faktyczny.
Tu już było niedaleko do pierwszych zabudowań i czerwone
znaki pojawiały się z mniejszą częstotliwością i trzeba było je uważniej
wypatrywać. W skwarze doszliśmy do przedmieść, gdzie napotkaliśmy na Stację
Centralną Grupy Krynickiej GOPR i korzystając z gościnności ratowników,
ochłodziliśmy się i odpoczęli.
Mając jeszcze w oczach zieleń lasów i powiew wiatru we
włosach, wkroczyliśmy na rozgrzany asfalt pachnący spalinami przejeżdżających
aut. Od tej strony tak Krynica jak i każde miasto, miało dla mnie wymiar tego,
co chętnie poświęcałem na rzecz bezkresów gór, lasów i łąk.
Ale korzystając z dóbr cywilizacji, zaraz na początku głównej
drogi, natknęliśmy się na lokal, w którym serwowano świetny sorbet, tak
zmrożony, że po kilku wciągnięciach miałem zamrożone migdałki (czy co tam
innego) i myślałem, że będzie z tego poważny problem, a przynajmniej odpadnie mi
głowa od zamrożonej szyi. Nic takiego jednak się nie stało, po chwili odtajałem
i popijałem już powoli.
Odwiedziliśmy jeszcze pocztę, gdzie koleżanka odebrała paczkę
z zaopatrzeniem, po czym zgodnie ze znakami, powędrowaliśmy dalej głównym
deptakiem. Ten zaś doprowadził nas do fontanny, w której kilka osób moczyło
nogi. Nasza reakcja przy doskwierającym upale nie mogła być inna. Już po chwili
obuwie i skarpety dostały wolne, a stopy błogą ochłodę i niesamowite poczucie
świeżości. Ja nawet wlazłem w środek tego miejskiego natrysku, ale przezornie
nie wydobyłem z plecaka mydła, szamponu i żelu, by nie narażać Straży Miejskiej
na niepotrzebną interwencję… ;-)
Leśna Dusza natomiast stwierdziła, że w takich
okolicznościach cywilizacji, brakuje nam tylko schabowego, który gdzieś na
trasie miała zamiar skonsumować.
Po chwili poszukiwań i wzięciu kilku jeńców i drobiazgowym
ich przesłuchaniu, niezbicie ustaliłem tanią jadłodajnię z opcją na wynos. Nie
minęło kilka następnych minut, a menu zostało ustalone i przekazane
telefonicznie do realizacji. Po kwadransie z hakiem, ku zdziwieniu i
zainteresowaniu licznie zgromadzonej publiczności, dotarł do nas dostawca z
styropianowym pudłem, z którego wydobył dwa zestawy schaboszczaka z popitką.
Zdecydowanie tego dnia bardzo brawurowo przekroczyłem mój dzienny limit
wydatków, ale stwierdziłem, że taki dzień się zdarza raz…!
Muszę dodać, że pasza była bardzo treściwa i nadzwyczaj
smaczna, co raczej nie dziwi po żarełku szturmowym, a surówka z kapusty
pekińskiej, wprost rewelacyjna. Nawet brak piwa do obiadu nie umniejszył mojego
ukontentowania. J
Czas jednak zmobilizował nas do dalszej drogi. Odwiedziliśmy
jeszcze pijalnie, gdzie ze względu na drożyznę, nie nabraliśmy wody zdrojowej, a
zwykłą kranówę, która tej pierwszej chyba w niczym nie ustępowała… Nieco dalej
dobiliśmy nasz obiad lodami na deser, po czym mijając ostatni spożywcza w
Krynicy, wkroczyliśmy do pachnącego, wilgotnego lasu.
Objedzeni i wypoczęci do nieprzyzwoitości, powoli
zaliczaliśmy kolejne kilometry, osiągając pobliską górę – Huzary.
Dalej już była Mochnaczka – teren dla mnie nieznany i nieco
tajemniczy, jako że opuszczając Beskid Sądecki, wkroczyliśmy na owiany legendami
– Beskid Niski.
Zaiste, wychodząc z lasu po zejściu z Huzarów, otworzył się
przed nami jakże inny krajobraz. Zniknęły góry wypiętrzone z nastromionymi
stokami, a ich miejsce zajęły łagodne wzgórza i rozległe pofalowane krajobrazy.
Co więcej, zabudowa pierwszej napotkanej wsi była równie leniwa jak sama
okolica, - domy rozsiane luźno, choć sama Mochnaczka Niżna miała nieco bardziej
zwartą zabudowę.
Prowadzeni znakami, dotarliśmy do kładki składającej się z
trzech podłużnych belek, z których każda uginała się w innym stopniu, zatem idąc
tym mostkiem, balansowało się inaczej na lewej, a inaczej na prawej nodze. Na
szczęście potok nie zapowiadał problemów, ale i przeprawa też nie nastręczała
ich, więc niebawem po drugiej stronie wypatrzyliśmy strażaków, a dokładniej
żeńską drużynę młodzieżową, u której zasięgnęliśmy informacji o możliwości
noclegu pod dachem. Byliśmy już – mimo fontanny – nieco doświadczeni kilkudniową
wędrówką i czas był by się wykąpać i oprać. Polecono nam prywatną kwaterę przed
końcem wsi, przed mostem i przed sklepem, zatem udaliśmy się w tamtym kierunku,
ja zaś dodatkowo z zamiarem zaopatrzenia się w piwo, którego po tak obfitym
obiedzie brakowało mi do szczęścia. W ostatniej chwili dopadłem zamkniętego już
sklepu na końcu wsi, jednak miła pani sprzedawczyni uratowała mnie od
niechybnego rozeschnięcia się.
Już bez przeszkód zapukaliśmy do kwatery i takoż zostaliśmy
przyjęci. Okazało się jednak, że nie jest tak tanio, jak zapewniali strażacy. Za
nocleg trzeba było zapłacić 30 złotych (bez pościeli - własny śpiwór) i było to
najdroższe kimanie na szlaku. Co więcej, dobiło mnie pytanie „…czy potrzebna nam
jest ciepła woda?” Skoro nie ze względu na deszcz, a właśnie na potrzebę kąpieli
i przepierki się tam zatrzymaliśmy, to resztki letniej wody zakrawały na ironię.
Sytuację ratował fakt, że mieliśmy dostęp do kuchni i wrzątku, ale z drugiej
strony nie było gdzie wysuszyć prania, choć obok domu stał stylowy domek z
balkonami w sam raz nadającymi się do suszenia, a ja pewnie bym też spał na
balkonie, tyle, że gospodarz zaproponował nam nocleg w domu…
Miejscówkę opuszczaliśmy więc z negatywnymi odczuciami, ale
przynajmniej oprani i wykąpani.
>> Dzień trzynasty --> Mochnaczka Niżna - Regetów >>
-
>> Dzień trzynasty --> Mochnaczka Niżna - Regetów >>
-
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz