Do Urbanka chodzę częściej niż gdziekolwiek indziej. Wystarczą wolne trzy godziny na szybki marsz lub więcej czasu na przedłużoną trasę i już jestem gotów.
Pod Duchową Górą, kobierzec chmur wisiał nad polami i łąkami, skutecznie odgradzając promienie słoneczne od ziemi. Nieco dalej, na wzgórzu "500" - mierzącym równe 500 m n.p.m., w prześwicie między sosnami, zobaczyłem rozświetlone słoneczną plamą dalsze okolice zachodnich łąk Gosprzydowej. Także na mijanym wzgórzu pojawiały się ciepłe przebłyski słońca.
Leśne drogi mają swą tajemniczą krętość, która powoduje że co raz znikają w drzewiastej gęstwinie. Złocące się sosny i bielejące swą korą brzozy okalają wąski trakt, prowadząc grzbietem głównego działu z zachodu na wschód.
U Urbana "nihil novi"... Tu czas się zatrzymał na dobre, zatem moja wędrówka staje się swoistą podróżą w czasie. Wewnątrz kapliczki nawet ten wolno płynący czas zdaje się jeszcze bardziej spowalniać. Niestety, w drodze powrotnej następuje przyspieszenie czasu i einsteinowska teoria względności przypomina o panowaniu Chronosa.
Na drodze cienie się wydłużają, przechodząc z kolein na omszone zbocze. Wijący się szlak niezawodnie prowadzi do cywilizacji. Mijam rozświetlone prześwity, naświetlające gałęzie choiny i złocące kobierce liści.
Gdy powoli zapada zmrok, odnajduję niewielkie gniazdko uwite wśród gałęzi. Jakiś ptaszek ma tutaj swój dom. Mój jest już niedaleko...
.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz